PiS po raz kolejny okazał się niezdolny do odniesienia zwycięstwa nawet w tak sprzyjających okolicznościach jak wyjątkowo niska frekwencja, na co obok naturalnego niezrozumienia znaczenia tego rodzaju wyborów składały się wezwania propagandystów całego obozu pisowskiego, znużenie długotrwałymi rządami koalicji PO/PSL, trudna sytuacja związana z kryzysem oraz nagonka prowadzona przeciwko PO przez większość mediów, znaczną część księży, którzy uczynili ze świątyń ośrodki pisowskiej agitacji. Czynnikiem dodatkowym, ale nie mniej istotnym, jest przechodząca przez Europę fala antyunijnej demagogii i populizmu, zwrócona przede wszystkim przeciwko partiom sprawującym władzę i wszystkiemu, co ma prounijny i proeuropejski charakter.
To nie był tylko kolejny najważniejszy sondaż i test przed wyborami parlamentarnymi w naszym kraju. Nie był to też rodzaj starcia poprzedzającego decydujące w walce o władzę wybory w 2015 roku, chociaż rzecz jasna te czynniki odgrywały rolę istotną, a dla wielu pisowskich liderów być może decydującą. To była bitwa o Polskę, ale także bitwa o przyszłość Europy. I w jednym, i w drugim przypadku Platforma wyszła z tej bitwy zwycięsko.
PiS, licząc na naiwność wyborców, odwoływał się do zwolenników Unii (według sondaży to ponad 80% społeczeństwa), a jednocześnie kokietował przeciwników UE, tolerując skandaliczne wypowiedzi p. Pawłowicz o unijnej „szmacie”, transparenty z porównaniem Unii do obozu koncentracyjnego, a Niemiec do IV Rzeszy. Kaczyński na jakiś czas schował Macierewicza, a odkurzył operetkowy sweterek i zaczął znowu udawać poczciwego, dobrotliwego starszego pana, który nie tylko chce dobrze, ale który jak wiadomo jest „samym dobrem”. Wyborcy nie dali się na to nabrać, a tzw. wyborca eurosceptyczny wolał głosować na partię, która jawnie głosi nienawiść nie tylko do Unii, ale do wszystkiego, co nie jest poglądami Korwin‑Mikkego.
Marzenia wrogów Unii się nie spełniły. Nie udało im się zdobyć nie tylko większości w Parlamencie Europejskim, ale nawet takiej liczby eurodeputowanych, by mogli oni odegrać znaczącą rolę. Pozostaną marginesem politycznym, wprawdzie krzykliwym, agresywnym, irytującym, zdolnym do przykuwających uwagę opinii publicznej awantur i hapeningów, ale nic więcej. Błazeństwa p. Korwin‑Mikkego będą odbierane podobnie jak smoleńskie błazeństwa pp. Legutki, Marty Kaczyńskiej czy innych. Parlament Europejski oglądał nawet większych lub porównywalnych błaznów i niczego to nie zmieniło.
W kilku krajach europejskich (przede wszystkim we Francji i w Wielkiej Brytanii) partie nacjonalistycznego folkloru zdobyły nadspodziewanie dużo głosów, co jest faktem przykrym, ale głównie dla tych państw. Nie zmieni to decydującego układu sił w PE, gdzie decydują przede wszystkim chadecja, czyli Partia Ludowa, do której należy PO, i Socjaldemokracja, do której należy SLD. Te partie podzielą się na najbliższe 5 lat władzą w UE.
Podobno do chadecji chce przystąpić PIS. Nie można im tego zabronić, ale ja opowiadam się przeciwko współpracy z nimi w Unii, dopóki Kaczyński nie odwoła obrzydliwych kłamstw na temat tego, że premier Tusk zamordował wspólnie z prezydentem Putinem Lecha Kaczyńskiego, że świadomie działa na rzecz zniszczenia narodu polskiego itp.
Trudne zwycięstwo
REKLAMA
REKLAMA




















