Nowy rząd, jaki by nie był, będzie miał przed sobą wiele wyzwań zarówno na arenie międzynarodowej, jak i wewnątrz kraju. Jednymi z nich są te związane z finansami publicznymi.
Tydzień temu pisałem o tym, że pierwszą reakcją na wyniki wyborów w Polsce były wzrosty na rynkach finansowych. Ale pisałem też, że trudno mówić o hurraoptymizmie, bo po pierwsze długo nie będzie wiadomo, kto będzie w Polsce rządził, a po drugie nowy rząd czeka wiele wyzwań. Między innymi trudne lata jeśli chodzi o sytuację finansów publicznych.
Nie dramat, nie tragedia, nie Grecja. Nie grozi nam załamanie w ciągu jakiegoś relatywnie krótkiego okresu czasu. To nie. Choćby dlatego, że nasz dług w stosunku do PKB, czyli do wartości gospodarki nie jest nawet na poziomie połowy tego, co było w Grecji. Oczywiście nie jesteśmy w strefie euro jak Grecja, a to akurat byłby czynnik stabilizujący, ale mimo wszystko to, póki co, nie ten scenariusz. Ale deficyt całego sektora finansów publicznych będzie mocno rósł. Zaczyna się już w tym roku, ostatnie dane, opublikowane po wyborach wskazują na to, że nie jest tak dobrze, jak jeszcze przed wyborami mówił Mateusz Morawiecki. Co zreszta dla nikogo, kto obserwuje sytuację w gospodarce nie jest zaskoczeniem. Po wrześniu dziura w budżecie urosła do prawie 35 mld złotych, czyli jest dwa razy większa, niż po sierpniu. Oczywiście ważne są dane za cały rok, a nie te po kilku miesiącach. Ale ponieważ nie ma silnego odbicia w gospodarce i w dodatku pogarsza się ściągalność podatków, to na cuda nie ma co liczyć. Silne odbicie w kolejnych miesiącach jest mało prawdopodobne, bo z jednej strony sytuacja w Europie nam nie sprzyja, Niemcy są w recesji, a z drugiej mamy oczywiście oddziaływanie wysokich stóp procentowych.
Scenariusz z początku roku: pierwsze półrocze w recesji, ale drugie mocny wzrost niestety się nie ziści. Szczątkowe dane za trzeci kwartał już mamy w postaci produkcji przemysłowej czy sprzedaży detalicznej, a patrząc na dane o nastrojach przedsiębiorców, choćby wskaźnik PMI, trudno oczekiwać eksplozji aktywności gospodarczej pod sam koniec roku. Jeszcze ciekawsze jest to, że spadła ściągalność podatków, co widać choćby po dochodach z VAT. Po wrześniu są one oczywiście wyższe, niż w zeszłym roku, ale nie o tyle, ile wynikałoby z uwzględnienia z jednej strony recesji, a z drugiej inflacji. Czyli rośnie słynna luka VAT. Obecnie rządzący mieli tu ewidentny sukces, ale wynikał on też z tego, że jak w gospodarce jest dobrze, to po prostu chętniej płaci się podatki. Teraz jest gorzej, więc zaczyna się kombinowanie. W sumie to wszystko może oznaczać, że w tym roku deficyt całego sektora finansów publicznych przekroczy 5% PKB. Przypomnę, że powinno być nie więcej, niż 3% PKB.
Ale największe wyzwania będą w roku 2024 i 2025. Ministerstwo Finansów zakłada, że deficyt sektora finansów publicznych wyniesie w roku 2024 4,5% PKB. Wszystko dzieje się nie w jakimś globalnym ciężkim kryzysie, choć oczywiście spowolnienie na świecie nastąpiło i nikt nie oczekuje ostrego odbicia w przyszłym roku. Ale jednak powinien on być lepszy, niż rok 2023. Potrzeby pożyczkowe, czyli to co mamy pożyczyć, mają sięgnąć 420 mld PLN. W tym roku będzie to około 260 mld PLN, a i to już jest na prawdę duża wartość. Więcej było w roku 2020, ale to było wielkie pożyczanie pandemiczne. Normalnie ten poziom nie przekraczał 200 mld PLN. Oczywiście rośnie nasza gospodarka, zwiększa się także budżet i tak też trzeba patrzeć na te wielkości. Ale mimo wszystko przyrost jest olbrzymi. Skąd on wynika? Nie tylko z planowanego deficytu, ponad 164 mld złotych, olbrzymia wartość, ale także z mocnego zwiększenia wartości tej części długu, która w roku 2024 się kończy. Choćby finansującej tarcze w roku 2020. Byłem wtedy orędownikiem emisji dłuższych papierów, czyli pożyczania na dłuższy okres, zdecydowano się w sporej części na obligacje cztero i pięcioletnie. Dodatkowy problem jest w tym, że skończyło się pożyczanie na 1,5%, czy 2%, a tak było we wspomnianym 2020 roku. Teraz będziemy płacić moim zdaniem między 5%, a 6% rocznie, może i więcej. I to rodzi wyzwania już w roku 2025. Bo jak się to wszystko doda, stary dług i nowy dług, to może się okazać, że za dwa lata przyjdzie nam zapłacić ponad 100 mld złotych odsetek. Moim zdaniem może to być nawet 12%-13% dochodów do budżetu. A to jest dwa razy więcej, niż normalnie.
Oczywiście byłoby łatwiej, gdyby gospodarka się rozpędziła. Ale to będzie trudne. Tak jak już napisałem nikt na razie nie oczekuje jakiegoś raptownego odbicia choćby w Niemczech. A Niemcy są dla nas ważne gospodarczo. Bez względu na tezy stawiane przez niektórych. Dodatkowo mamy i będziemy mieli relatywnie wysokie stopy procentowe. Bo nie widzę dużych szans na ich spadek do 3% – 4% do roku 2025. Konsumpcja? Tak wrośnie. Realne wynagrodzenia już powróciły na plus, będziemy mieli zwiększone transfery społeczne, jak choćby 800+ zamiast 500+. Ale to nie wystarczy do osiągnięcia 5% wzrostu. A dodatkowo podbije inflację.
No i jest jeszcze jedna kwestia: wielkości które przedstawiam są oficjalne. Ale wielokrotnie pisałem o rozmydlaniu finansów publicznych. O wyrzucaniu różnych rzeczy poza ich nawias. Rząd twierdzi, że założenia na 2024 rok zakładają konsolidację, czyli połączenie tego wszystkiego. Ale czy na pewno? No właśnie. A jeśli nie, sądzę, że nie, to sytuacja się jeszcze skomplikuje.
Nie dramat, nie katastrofa, nie Grecja. Ale też nie wydawanie miliardów złotych na lewo i na prawo i krok w kierunku porządkowania wydatków. I czeka to także rząd PiS, jeśli jakimś cudem uda się temu ugrupowaniu utrzymać władzę.




















