Giełda Papierów Wartościowych skończyła 30 lat. Jej powstanie i funkcjonowanie jest jednym z wielkich sukcesów zmian ustrojowych w Polsce. Jednak ostatnie lata z pewnością do najłatwiejszych nie należą.
30-lecie GPW, które obchodziliśmy kilka dni temu, nie przebiło się jakoś mocniej do świadomości Polaków. Informacji o nim było mniej, niż w przypadku 25-lecia. Ale trudno się dziwić. Po pierwsze, 25 lat to jednak bardziej „okrągła” rocznica. Bo jednak to ćwierćwiecze. Po drugie, mamy pandemię. A to oznacza problemy gospodarcze. Część branż przeżywa załamanie, a ich przedstawicieli mamy na rynku kapitałowym. W takiej sytuacji jakoś trudniej o burzliwe fetowanie rocznic. No i jest jeszcze trzeci powód. A mianowicie obecna sytuacja GPW.
Warszawską giełdę odkryłem namacalnie w roku 2001. To znaczy odkryłem namacalnie w tym sensie, że wtedy zacząłem na niej inwestować. Z jednej strony czas nie był łatwy, byliśmy w środku kryzysu. Z drugiej, jak się potem okazało, był idealny do rozpoczęcia budowy portfela inwestycyjnego. Z punktu widzenia wejście na giełdę, czyli pozyskania środków, było jednak fatalne.
Sytuacja zaczęła się poprawiać w roku 2002. Osobiście wcześniej działałem głównie na rynku obligacji skarbowych, walutowym, pieniężnym i instrumentów pochodnych. Trochę przypadkowo zacząłem się wciągać w tematy związane z procesami wprowadzania spółek na giełdę właśnie w roku 2002. W efekcie przez kolejne 6 lat uczestniczyłem w kilkudziesięciu tego typu projektach. Był to fantastyczny okres i dla gospodarki i dla rynku kapitałowego, czyli dla giełdy i wielu spółek, które dzięki GPW pozyskały środki na rozwój. I o których świat w związku z tym usłyszał. I nie mam tu wcale na myśli spółek największych. Okres 2003‒2008 to był czas, kiedy na giełdę ruszały spółki mniejsze, warte między 50 mln a 300 mln złotych, a dzięki dodatkowemu kapitałowi mogły one wykonać kilka kroków do przodu w porównaniu do swojej konkurencji. To był z pewnością złoty okres GPW. Oczywiście mógłbym długo pisać, dlaczego tak się działo, czynników było bardzo wiele, fakt jednak pozostaje faktem.
I ten okres skończył się wraz z kryzysem finansowym 2008‒2009. Wyceny spółek runęły, wiele osób zanotowało potężne straty. To jednak jeszcze nie byłby koniec świata. To wszystko można byłoby w miarę szybko odbudować. Niestety, potem przyszedł drugi kryzys, czyli kryzys strefy euro. A potem kolejne pomysły polskich polityków: od rozmontowywania systemu OFE po budowanie gospodarki państwowej, sterowanej decyzjami centrum. A to rynkowi kapitałowemu nie sprzyja. Efekt?



















