Prezes Narodowego Banku Polskiego nie przestaje zadziwiać. Na ostatniej konferencji prasowej dowiedzieliśmy się na przykład, że w Polsce żadnego kryzysu nie ma…
Prezes banku centralnego to w gospodarce rynkowej ważna funkcja. I jednocześnie specyficzna. Wiele zależy od instytucji kierowanej przez prezesa, a zatem wszyscy ci, którzy interesują się kwestiami gospodarczymi uważnie patrzą na to, co bank centralny robi, co może zrobić i co wynika ze słów kierowanych do nich przez jego przedstawicieli. A najważniejszym z nich jest właśnie prezes. Rynek zawsze uważnie czeka na konferencje, czy nawet krótkie wypowiedzi prezesów różnych banków centralnych. Najważniejsze z nich to przede wszystkim amerykański Fed i europejski EBC. Z uwagi na wagę stanowiska i na to, w jaki sposób decyzje banków centralnych wpływają na gospodarki, a zatem i na świat, szefowie tych instytucji powinni mieć – i w zdecydowanej większości mają – świadomość tego, co mówią. Ważą słowa, wiedzą, jaką mają one moc. Starają się być transparentni i przewidywalni. Nie chcą zaskakiwać, bo to wprowadza dodatkowy zamęt. I wcale nie są nieomylni, do czego zresztą potrafią się przyznać. Żeby daleko nie szukać wystarczy wspomnieć pełne pokory ostatnie wypowiedzi szefowej EBC Christiny Lagarde w kontekście prognoz inflacyjnych.
My żyjemy w Polsce, dla naszego funkcjonowania olbrzymie znaczenie ma zatem nasz bank centralny, czyli Narodowy Bank Polski. I patrzymy na to, co mówi jego prezes, czyli Adam Glapiński. No i tu niestety zaczyna się problem, bo mówi on różne rzeczy, które nie wpisują się w to, o czym przed chwilą wspomniałem. Pisałem zresztą o tym wielokrotnie w ostatnich miesiącach. I o trzymaniu się scenariuszy, w które rynek od dawna nie wierzył (i miał rację), o obrażaniu tych, którzy mają inne zdanie (i mieli rację), o mijaniu się z prawdą, jak choćby w kwestii wydajności pracy. I wiele innych rzeczy, o absolutnym poczuciu nieomylności już nie wspominając.
Glapiński w końcu jednak dostrzegł inflację i zagrożenia z nią związane. To, że jej nie widział wcześniej to oczywiście nie jest błąd, tylko obiektywna przesłanka („nasze prognozy były dobre, tylko się okoliczności zmieniły”). Ważne jednak, że w końcu zauważono zagrożenie i przynajmniej pod tym względem kierunek, na który wskazywał rynek zaczął pokrywać się z tym, co mówił prezes NBP. Wreszcie nie było i nie ma do dzisiaj jakichś poważnych dysproporcji w prognozach. Oczywiście różnimy się w ocenie tego, co się może wydarzyć, ale ta ocena wynika na przykład z przyjętych założeń dotyczących decyzji Putina w kwestii dostaw gazu do Europy. Pisałem już Państwu, że po raz pierwszy od trzech lat zgadzam się z prognozami, które prezentuje Glapiński w kontekście inflacji. Przynajmniej mniej więcej. To właśnie na konferencji przed wakacjami prezes NBP przedstawił możliwy scenariusz na najbliższe miesiące choćby w kontekście podwyżek stóp procentowych. Powtórzył ten scenariusz i na słynnym już spotkaniu na molo, i potem w jednym z wywiadów. I za tym scenariuszem podążyła Rada Polityki Pieniężnej podnosząc stopy procentowe w zeszłym tygodniu. Moim zdaniem już niepotrzebnie, ale rozumiem taki ruch. Inflacja jest nieco wyższa niż prognozy, także prawdopodobnie inflacja bazowa, czyli bez cen żywności i nośników energii. A złoty się osłabił.
Miałem nadzieję, że także w kwestii komunikacji z otoczeniem nastąpi jakiś przełom. Niestety tu jest znacznie gorzej. Konferencja po ostatniej decyzji RPP była – powiem znowu – długą tyradą zawierającą wiele rzeczy, z którymi trudno się zgodzić. Choćby z tym, że skoro na świecie jest spowolnienie, może recesja, to za tym musi iść spadek inflacji. Ja się rzeczywiście spodziewam, że pójdzie, ale nie musi pójść. A tak wynikało ze słów Glapińskiego. Sytuacji, w której inflacja nie odpuszcza nawet przy mocnym hamowaniu gospodarki, boimy się najbardziej. To się właśnie nazywa stagflacja. I to jest sytuacja fatalna, bo nie wiadomo, co robić. Fatalna, ale niestety możliwa. I prezes NBP powinien to wiedzieć.
Jednak przede wszystkim kompletnie nie mogę się zgodzić z tym, że według Glapińskiego w Polsce nie ma żadnego kryzysu. A takie słowa padły. Moim zdaniem niestety jest! Owszem, w Polsce póki co nie ma recesji, PKB w ujęciu rocznym rośnie i to wciąż szybko, choć w miesięcznym – jak pamiętamy – nie. Mamy wciąż rekordowo niski poziom bezrobocia, nie ma problemu ze znalezieniem pracy. To wszystko prawda. Ale z drugiej strony wynagrodzenia rosną mniej niż ceny, a zatem realnie Polacy mają mniej do dyspozycji. Wskaźniki nastrojów przedsiębiorców i konsumentów są fatalne. Spada dynamika konsumpcji, a uwzględniając Ukraińców przebywających w naszym kraju, kupujemy mniej niż rok temu. Załamał się rynek mieszkaniowy. Dramatycznie podrożały nośniki energii, a zima zbliża się wielkimi krokami. No to, co to jest jak nie kryzys?



















