Rok temu, patrząc na światową gospodarkę, wszyscy zastanawiali się nad jednym: kiedy dojdzie do hamowania w Stanach Zjednoczonych. Największa gospodarka globu rozwijała się nieprzerwanie do 2009 roku, czyli od roku zapaści związanej z największym kryzysem, jaki znamy. Zakładano, że jakieś tąpnięcie (a przynajmniej zachwianie) może wiązać się z końcem okresu drukowania pieniędzy przez amerykański bank centralny. Nic takiego się nie stało. Potem sądzono, że być może podwyżki stóp procentowych dadzą bodziec do hamowania. Też nie. Nic złego nie wydarzyło się również po rozpoczęciu trzeciej fazy sprzątania po nadzwyczajnych działaniach w związku z ratowaniem świata w 2008 i 2009 roku, a mianowicie ściąganiem z rynku bilionów nowo „wydrukowanych” dolarów.
Pod koniec 2016 roku pojawiła się zatem kolejna koncepcja. Iskierką, która odpali lont, będzie nowy prezydent USA. Początek roku oznaczał co prawda optymizm, widać to było na giełdzie, w końcu Trump obiecywał choćby obniżki podatków, ale wcześniej czy później musi on zrobić coś takiego, co wywoła spadki, a w konsekwencji przełoży się na samą gospodarkę i ją zdołuje. Mija jednak rok i nic takiego nie zaszło. Stany rozwijają się w najlepsze. Kończy się zatem ósmy rok hossy, wyceny giełdowych spółek biją kolejne rekordy poparte w dużej mierze wynikami, żeby wspomnieć tylko o liderach nowej ekonomii. Apple czy Amazon są tu najlepszymi przykładami. Ile to jeszcze potrwa? Dobre pytanie….
Dla nas znacznie istotniejsze jest to, że ruszyła także Europa. A dokładnie strefa euro. Tu było znacznie gorzej, bo po pierwszym kryzysie 2008 – 2009 przyszedł drugi, zadłużeniowy. 2012 i 2013 rok były co najmniej równie nerwowe jak w czasie globalnego kryzysu, przebąkiwano nawet o tym, że strefa wspólnej waluty nie przetrwa. Po miesiącach negocjacji udało się dokonać małej rewolucji, uzgodniono pakt fiskalny i kontrolę Europejskiego Banku Centralnego nad systemem bankowym całej strefy. A zatem przełom? Tak, teoretycznie przełom. Ale jak wytłumaczyć przedsiębiorcom i konsumentom, że najgorsze za nimi? W USA mieli tylko jeden kataklizm gospodarczy, tu dwa w krótkim czasie. Czy to aby na pewno wszystko? Czy to koniec? Czy w związku z tym kupować, inwestować? No właśnie…
Sytuacji nie poprawił nawet rekordowo tani pieniądz oferowany przez EBC. Musiał minąć czas. Względny spokój musiał trwać chwilę, aby wszyscy uwierzyli, że najgorsze za nimi. I wygląda na to, że w 2016 roku przyszedł przełom w praktyce, a w 2017 się umocnił. Strefa euro ruszyła, w trzecim kwartale dobiła do 2,5% rok/rok wzrostu PKB, poziomu niewidzianego od lat. I jest to, bez względu na to, co będą mówić politycy, głównym powodem poprawy sytuacji w Polsce. Ale o tym szerzej napiszę w którymś z kolejnych felietonów
A inne części świata? W Chinach prognozy twardego lądowania się nie sprawdziły. Wzrost jest przyzwoity i stabilny, nieco poniżej 7% rok/rok. Nie zawodzą konsumenci. Jest ich na tyle dużo i są już na tyle bogaci, że ich decyzje zakupowe wzmacniają chińską gospodarkę. W 2017 roku na zjeździe Komunistycznej Partii Chin podjęto decyzję o dalszym otwarciu tego kraju na świat. Chodzi tu o kwestię kapitału, któremu pozwoli się w większym stopniu inwestować w chińskie przedsiębiorstwa. Dotychczas były tu spore ograniczenia. No i kontynuowany jest program ekspansji do Europy, zwany potocznie „nowym jedwabnym szlakiem”.
Stabilny wzrost, prawie 2%, obserwujemy także w Japonii, czyli trzeciej gospodarce globu. A to też nie jest nic normalnego, biorąc pod uwagę, co obserwowaliśmy w tym kraju latami wcześniej.
A reszta świata? Dawno już tak dobrze nie było. Ponad 90% krajów jest na plusie po trzecim kwartale 2017 roku. A zatem koniunktura zapanowała na dobre. I to nawet w miejscach, w których dawno jej nie było. Jest zatem dobrze, często bardzo dobrze. Jak długo? Oto jest pytanie…
Czas podsumowań
REKLAMA
REKLAMA




















