Jesteśmy po kolejnym szczycie państw Unii Europejskiej. Z dotychczasowych informacji nie wynika, czy odnieśliśmy sukces, czy nie. Na razie właściwie wszystko można powiedzieć, bowiem większość najważniejszych decyzji nie zostało jeszcze podjętych. Dojdzie to tego prawdopodobnie na następnym szczycie, czyli w listopadzie. Jednak aby w ogóle mówić o sukcesie, trzeba najpierw ustalić, co chcemy osiągnąć. I tu właśnie mam pewne wątpliwości.
W kwestii ratowania strefy euro mamy do powiedzenia znacznie mniej niż kraje strefy euro. Bo nie przyjęliśmy wspólnej waluty. W tej chwili ustalane są szczegóły nadzoru nad europejskim systemem bankowym. Tymczasem, jak rozumiem, chcielibyśmy, aby nasz głos był w pełni słyszalny. Naszym argumentem jest oczywiście to, że kiedyś do strefy wejdziemy, a zatem powinniśmy już teraz uczestniczyć w rozmowach o nowym jej kształcie. Oczywiście to byłoby optymalne. Z drugiej jednak strony ten argument ma sens tylko w takiej sytuacji, w której zgodzilibyśmy się już teraz przyjąć wszystkie nowe zasady, które zostaną wprowadzone. A czy chcemy je przyjąć? Jak wiemy, na nowy sposób określania poziomu deficytu finansów publicznych, czyli tak zwanego deficytu strukturalnego, który wynikł przy okazji pakietu fiskalnego, na razie nie zgodziliśmy się. Czyli nie będziemy go stosować. A czy przyjmiemy nadzór Europejskiego Banku Centralnego? Szczerze mówiąc, nie wiem, jaka jest w tej kwestii decyzja rządu i czy w ogóle jakaś jest.
Drugą kwestią jest pomysł dwóch budżetów Unii. Jeden ma obwiązywać wszystkie kraje, drugi tylko strefę euro. Z jednej strony trudno się strefie dziwić, biorąc pod uwagę, jakie strefa ma obecnie problemy. Z drugiej jednak to jest faktyczny problem dla nas, bo oznacza formalne wprowadzenie dwóch, a może więcej kategorii państw. Problem jest tym poważniejszy, że na przykład prezydent Francji już dzisiaj mówi oficjalnie, że te kategorie i tak istnieją. Jeśli zatem politycy będą się zachowywać tak, jakby tak było, to nawet stworzenie jednego budżetu sytuacji nie załatwi. I oby nie było tak, że jedyną szansą zmiany tego podejścia w przypadku Polski będzie jak najszybsze wejście do trefy euro.
Trzecią kwestią są oczywiście środki, jakie Polska ma otrzymać w budżecie unijnym na lata 2014-2020. I tu moje wątpliwości są najpoważniejsze. Czy chcielibyśmy dostać jak najwięcej? Oczywiście, że tak. Ale pamiętajmy o tym, że mieliśmy trzy lata temu największy kryzys gospodarczy od osiemdziesięciu lat, który skonfrontowany z już wcześniej dramatycznie za wysokim długiem większości krajów strefy euro prawie doprowadził ją do rozpadu. I spowodował poważne kłopoty także w innych państwach niemających wspólnej waluty, ale będących w UE, choćby w Wielkiej Brytanii. Czy zatem nacisk na oszczędności w budżecie Unii jest pozbawiony sensu? Dla naszego rządu problemem jest także, a może przede wszystkim, to, że rzucił on, czy też osobiście premier, hasło 300 mld złotych w nowym unijnym rozdaniu i obawia się ataku w sytuacji, gdyby tych pieniędzy było mniej. Tymczasem osobiście rozumiem argumentacje o oszczędnościach, a kwota 260 czy 270 mld złotych, która jest dzisiaj bardziej realna, to mniej więcej tyle, ile otrzymaliśmy w kończącym się właśnie budżecie. Czyli olbrzymi zastrzyk finansowy. Warto o tym pamiętać.
Polska i „nowa” Unia Europejska
REKLAMA
REKLAMA




















