W czasie kampanii wyborczej padły różne obietnice, zarówno ze strony ówczesnej opozycji, jak i ze strony ówczesnych rządzących. Teraz przyszedł czas ich realizacji. Już po wyborach premier Szydło podkreślała, że PiS nie rzucało słów na wiatr i to, co obiecało rzeczywiście chce zrobić. Może nie od razu, w pierwszych miesiącach rządów, ale w ciągu kadencji z pewnością.
Jak już kilka razy pisałem w TEMI, politycy PiS mają kilka pomysłów na finansowanie zwiększonych wydatków budżetowych, jednak najważniejszym jest z pewnością zwiększenie ściągalności podatków, z VAT na czele. Teoretyczne kwoty do potencjalnego ściągnięcia są gigantyczne. Jeśli przyjmiemy, że rzeczywiście w zeszłym roku, tylko z tytułu karuzel VAT‑owskich, oszukano Skarb Państwa na ponad 80 mld PLN, jeśli do tego dodamy kolejne ponad 50 mld PLN z tytuły kombinacji z niezapłaconym CIT‑em, to mamy już kwotę przekraczającą jedną trzecią planowanych na ten rok dochodów budżetowych.
Problem w tym, że łatwo powiedzieć, gorzej wykonać. Z przestępstwami VAT‑owskimi nie tylko my sobie nie radzimy, choć faktem jest, że u nas sytuacja wygląda wyjątkowo fatalnie. W całej Unii Europejskiej z tytułu karuzel VAT‑owskich oszukuje się budżety poszczególnych krajów na kwotę równą niecałych 2% unijnego PKB. W Polsce jest to około 5% PKB. Różnica aż nadto wymowna….
Tak czy inaczej, pierwsze miesiące rządów pokazują, że nawet jeśli uda się odczuwalnie poprawić ściągalność podatków, nie stanie się to od razu. A pieniądze są potrzebne. Choćby ze względu na start programu 500+. Potrzeb jest zresztą znacznie więcej. I to nie tylko tych socjalnych: kontynuacja, czy wręcz zapowiadane przyspieszenie budowy dróg, potężne inwestycje w sieć dróg wodnych itd. itp.
Jak więc rozwiązać ten problem? Zwiększony deficyt nie wchodzi w grę. Przy i tak już średnim, delikatnie mówiąc, postrzeganiu sytuacji w Polsce za granicą, doprowadziłoby to do poważnego wzrostu rentowności obligacji, czyli wzrostu kosztów długu. Być może nawet większego niż wpływ z tytułu powiększenia deficytu. Pomijając już kwestie reakcji Komisji Europejskiej. Trzeba zatem poszukać nowych dochodów. I stąd zapewne, na razie dość niekonkretne, jakby rzucone mimochodem, pomysły.
Podatek od deszczu, podatek od śniegu, podwyższenie opłaty drogowej to tylko niektóre z nich. I w zasadzie da się je sensownie wytłumaczyć. Opłata drogowa, na przykład, ma pójść na szybszą realizację planów budowy dróg. Cena paliwa wzrosłaby o 15‑20 groszy, w zależności od skali podwyżki. „Ale…”, powiedzą politycy, „…przecież dwa lata temu benzyna kosztowała 5,50 PLN za litr, to nawet po doliczeniu wyższej opłaty i tak będzie o złotówkę taniej, niż wtedy…”
Pewnie w tym samym kierunku będzie zmierzać reforma podatków osobistych i opłat z nimi związanych. Zamiast tylko podwyższać kwotę wolną, połączy się jej ewentualny wzrost z wprowadzeniem jednej opłaty zamiast PIT-u, składki rentowej i składki zdrowotnej. Osobiście jestem absolutnie za. Ale, jak sadzę, będzie to oznaczało zwiększenie obciążeń dla lepiej zarabiających. Dokładnie tak to miało wyglądać w pomyśle zgłoszonym przez PO przed wyborami. Na początku politycy Platformy zażegnywali się, że nikt na reformie nie straci, potem odsetek osób, które, de facto, zapłacą więcej rósł niemalże z dnia na dzień. Choć faktem jest, że wynosił, góra, 10% pracujących.
Na co zatem musimy się przygotować? Ano na to, że jednak będziemy musieli więcej, wszyscy, lub część z nas, płacić. I to nie tylko dlatego, że obecnie nie płaciliśmy łamiąc prawo, jak w przypadku opłaty audiowizualnej. PiS dołączył ją właśnie do rachunku za prąd, co oznacza, że trudno będzie się od niej wymigać. Dla większości rodzin będzie to oznaczało większe wydatki. Wszak większość rodzin poprzedniej opłaty nie regulowała…
Będzie więcej podatków?
REKLAMA
REKLAMA




















