Niemcy ogłosiły właśnie plan jeszcze mocniejszego zamrożenia swojej gospodarki. W powiązaniu z fatalnymi informacjami dotyczącymi świątecznego szczytu nie daje to powodów do optymizmu, jeśli chodzi o koniec 2020 i początek 2021 roku.
Niemcy zdecydowały się na kolejne ograniczenia aktywności gospodarczej. Między 16 grudnia a 10 stycznia będą otwarte tylko te sklepy, które są niezbędne do normalnego życia, zamknięte będą szkoły, ograniczenia będą dotyczyły także przedsiębiorstw. Niektóre z nich będą musiały wręcz zawiesić swoją działalność. To oczywiście efekt złych danych dotyczących liczby zmarłych i zakażonych z powodu COVID-19. Koniec roku teoretycznie przynosi w Polsce wyraźną poprawę liczby zakażeń, za chwilę będziemy mieli pierwszych zaszczepionych, ale to wszystko nie oznacza, że pandemia jest pod kontrolą. Może ona z nami zostać jeszcze przez wiele miesięcy, nawet do końca trzeciego kwartału 2021 roku. I to wcale nie jest wariant pesymistyczny.
Kilka tygodni temu pisałem o tym, że o mocnym wybiciu gospodarczym w czwartym kwartale tego roku możemy zapomnieć. Druga fala pandemii okazała się mocniejsza od pierwszej, w efekcie musieliśmy ponownie zamrozić znaczną część polskiej gospodarki. W połowie roku część ośrodków ekonomicznych zakładała, że czwarty kwartał będzie na solidnym plusie w stosunku do czwartego kwartału 2019 roku. Wierzyliśmy, że wychodzenie z problemów będzie miało kształt litery „V”. Czyli po załamaniu przyjdzie szybkie wydobywanie się z dołka. I mieliśmy wszelkie szanse ku temu. Ale musiał być spełniony podstawowy warunek. Jesienny powrót COVID-19 nie mógł być bardzo mocny. Wszyscy epidemiolodzy zakładali drugą falę, miała się ona kumulować z jesienną grypą i tu szukano zagrożenia, ale nikt nie spodziewał się de facto niedużych problemów z grypą, za to trzydziestu tysięcy zakażeń dziennie na skutek pandemii.
Tak czy inaczej, rząd musiał podejmować bolesne decyzje. Szkoda tylko, że nie budowano wcześniej planu działań na wypadek tak pesymistycznego scenariusza. Bo nie budowano, działania na początku drugiej fali były ewidentnie realizowane ad hoc. Nie mówiąc już o braku konsultacji z poszczególnymi branżami, o czym ich przedstawiciele mówili i mówią wprost.
Problem leży jednak nie tylko w decyzjach polskiego rządu. Wpływ na naszą gospodarkę ma także to, co się dzieje za granicą. Nie jesteśmy przecież samotną wyspą. Mało tego: nasz kraj stoi eksportem, który stanowi już prawie połowę polskiego PKB. Jeśli zatem ograniczenie aktywności dotyczy krajów, do których dużo sprzedajemy, takich jak Niemcy, to jasne jest, że to wpłynie także na nas. I taką sytuację właśnie teraz obserwujemy. My powolutku luzujemy nasze ograniczenia, chociaż wcale nie jest powiedziane, że po świętach będziemy mogli ten proces kontynuować. A u naszych zachodnich sąsiadów jest dokładnie odwrotnie. Angela Merkel zapowiedziała właśnie dodatkowe kroki oznaczające de facto całkowite zamrożenie gospodarki. To się musi odbić i na kondycji tamtejszych przedsiębiorstw i na sytuacji tamtejszych konsumentów. Ale także będzie miało wpływ na nas.
Oczywiście takie załamanie jak w kwietniu nam nie grozi. Spora część świata podnosi się po problemach, wystarczy wspomnieć choćby Chiny. Łańcuchy dostaw nie są przerwane, konsumenci z krajów o lepszej sytuacji pandemicznej kupują, będzie z tego korzystać także Europa. To jest jakieś pocieszenie.
Polski eksport w dużej mierze związany jest z polskim przemysłem. Poprawa sytuacji w sprzedaży za granicę w trzecim kwartale była na tyle duża, że sytuacja przemysłu wróciła właściwie do tego, co było przed COVID-19. We wrześniu udało się nawet osiągnąć prawie 6% wzrostu produkcji przemysłowej w ujęciu rok/rok. Niestety, październik pokazał znowu wyraźne pogorszenie. Mieliśmy tylko 1% wzrostu rok/rok i nie zanosi się na to, żeby koniec roku był lepszy. Swoje zrobiła druga fala. Ale to i tak niezłe dane, jeśli porównamy je ze sprzedażą detaliczną. Polacy ewidentnie ograniczyli się w kwestii zakupów. Co prawda w lipcu, sierpniu i we wrześniu dynamika sprzedaży detalicznej w ujęciu rocznym znowu była na plusie, ale wielkości były o połowę mniejsze, niż te przed pandemią. Październik znowu pokazał realny spadek i tak zapewne będzie także w listopadzie. Dojdzie przecież choćby efekt zamykania galerii handlowych. Grudzień także nie będzie dobry. Święta niewiele tu dadzą. Co prawda galerie znowu są czynne, chociaż z ograniczeniami, jednak prognozy na bazie ankiet mówią o tym, że Polacy mogą w te święta wydać nawet o 30% mniej, niż rok temu. I nie mam tu na myśli kosztów związanych z przemieszczaniem się. Wcześniej z roku na rok mieliśmy systematyczny, pięcio – siedmioprocentowy wzrost. Takiego tąpnięcia jak w tym roku jeszcze nie było.
Co z tego wszystkiego wynika? Po pierwsze to, że czwarty kwartał nie tylko nie będzie na plusie, ale może być nawet gorszy od trzeciego. I po drugie, że początek roku też poważnego odbicia nie przyniesie. A jeśli przyjdzie trzecia fala zachorowań, epidemiolodzy nie mają wątpliwości że tak, to realna mocniejsza poprawa może nastąpić dopiero w drugiej połowie 2021 roku.



















