Inflacja w lipcu wyniosła 15,6% w ujęciu rocznym. To minimalnie więcej w stosunku do danych sygnalnych opublikowanych dwa tygodnie temu.
Na przełomie kolejnych miesięcy Główny Urząd Statystyczny prezentuje tzw. dane sygnalne o inflacji, czyli bardzo wstępne informacje, które jednak wciąż są przybliżeniem. Pełne dane są prezentowane około połowy miesiąca. No i właśnie w ostatni piątek poznaliśmy już końcowe informacje dotyczące tego, o ile wzrosły ceny w lipcu 2022 roku. Otóż wzrosły one o 15,6% w stosunku do lipca 2021 roku, a zatem o 0,1 punktu procentowego bardziej, niż sugerowały to dane sygnalne. Oczywiście owe 0,1 pkt. procentowego nie ma specjalnego znaczenia biorąc pod uwagę wartość całego wskaźnika i nasze odczucia związane z drożyzną. Ale 15,6% – czyli więcej niż w czerwcu, kiedy odnotowaliśmy 15,5% – oznacza, że mamy nowy rekord w tym cyklu bardzo mocnego wzrostu cen. Lipcowa inflacja jest najwyższa od dwudziestu pięciu lat.
Dobra wiadomość jest w zasadzie tylko jedna: dynamika wzrostu cen wyraźnie wyhamowała. Niestety, wszystko dzieje się na dramatycznie wysokim poziomie. Porównując sytuację do tej sprzed roku wciąż największe wzrosty cen obserwujemy w paliwach, nośnikach energii i żywności. Same paliwa w ostatnim miesiącu mocno oddziaływały na obniżenie wskaźnika CPI. W czerwcu po raz pierwszy w historii litr benzyny 95 przekroczył poziom 8 złotych. W lipcu zeszliśmy poniżej 7,50 PLN za litr. W sierpniu widzimy kontynuację tego procesu. Choć oczywiście poziomy w okolicach 6,60 PLN to przecież dalej bardzo drogo, biorąc pod uwagę to, co obserwowaliśmy od lat. W szczególności to, co obserwowaliśmy rok temu.
Po takich danych i po takiej informacji po raz kolejny musimy sobie zadać pytanie, czy to koniec wzrostu dynamiki cen? Nie zmieniam swojego bazowego scenariusza. To znaczy cały czas uważam, że właśnie teraz obserwujemy szczyt inflacji w naszym kraju. Ale czy będzie on w lipcu, sierpniu czy we wrześniu trudno jednoznacznie wskazać choćby dlatego, że możemy zobaczyć kolejne działania rządu, które wpłyną doraźnie na ceny. Nie mówiąc już o jakichś ruchach na przykład Putina. Wystarczy także, że dojdzie do jakiegoś zaognienia sytuacji na Tajwanie, a przecież wiemy, że zrobiło się tam w ostatnich dniach nerwowo. To też wpłynęłoby na ceny różnych surowców czy towarów. Na czele z półprzewodnikami. Tajwan to wciąż 70% światowej produkcji. Zresztą o tych różnego rodzaju zależnościach pisałem już wielokrotnie.
Wciąż jeszcze może jednak być tak, że szczyt inflacji nastąpi na początku 2023 roku i nie będzie to efektem zadziałania czynników zewnętrznych. Choć jest to coraz mniej prawdopodobne. Rząd raczej przedłuży tarczę antyinflacyjną na kolejne miesiące 2023 roku. Na razie ma ona obowiązywać do końca 2022 roku. I raczej nie zgodzi się na to, żeby prąd podrożał na przykład o 170%, bo podobno o taką podwyżkę poprosił Urząd Regulacji Energetyki jeden z producentów. Teoretycznie URE jest samodzielnym urzędem, ale doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że rządzący mają wpływ na jego decyzje. Podwyżki cen prądu na poziomie stu kilkudziesięciu procent w połączeniu z mocnym wzrostem cen ciepła – co jest niestety praktycznie pewne – i być może nawet z problemami z zapewnieniem wystarczającej ilości gazu, wywołałyby tak potężne niezadowolenie, że słupki poparcia spadłyby mocno. Być może w okolice niewidziane od lat. A tego, co jasne, władza się boi. Ale gdyby te wszystkie elementy poszły w złą stronę i jeszcze na przykład złoty mocno by się osłabił, to rzeczywiście kolejne rekordowe poziomy wzrostu cen moglibyśmy zobaczyć na początku przyszłego roku. Sam efekt zdjęcia tarczy inflacyjnej może dać nawet około 2 punkty procentowe w górę, jeśli chodzi o wskaźnik CPI, czyli właśnie inflację.
Teraz z niecierpliwością czekam na inne szalenie ważne dane, które zostaną opublikowane w najbliższy piątek i w najbliższy poniedziałek. Chodzi mianowicie o informacje o przeciętnym wynagrodzeniu w sektorze przedsiębiorstw i o sprzedaży detalicznej. Jak już wielokrotnie wspominałem, przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw dotyczy tylko części wynagrodzeń, ale jednak pokazuje pewien proces, pewne zmiany, które w firmach zachodzą. A jedne i drugie dane ważne będą dlatego, że wciąż czekamy na potwierdzenie, czy to co obserwujemy od maja – czyli spadek realnych wynagrodzeń i wyraźne wyhamowanie w dynamice konsumpcji – może nawet spadek rok/rok, jest dłuższym trendem. Jeśli tak, to jak już pisałem, kolejne podwyżki stóp procentowych miałyby coraz mniejszy sens.



















