Kiedy w styczniu przeglądałem wypowiedzi amerykańskich analityków w kwestii tego, jak zakończy się spór o nowy ład w amerykańsko – chińskiej wymianie handlowej, stawiano dość zdecydowaną tezę. Otóż Chińczycy zrobią dwa kroki w tył, czyli ulegną presji. Dlaczego? Bo mają zbyt dużo do stracenia. A poza tym myślą perspektywą kilkudziesięciu lat. Lepiej teraz się cofnąć, bo strategicznie i tak niewiele to zmieni. Tym bardziej, że Donald Trump ma sporo racji. Rzeczywiście we wzajemnych relacjach wiele było dysproporcji. I trzeba je było po prostu ograniczyć. Chiny przez trzydzieści lat korzystały z tego, że chroniły swój rynek bardziej, niż USA chroniły swój przed chińskimi towarami. Choć faktem jest, że wiele tych towarów było co prawda produkowanych w Chinach, ale de facto przez amerykańskie koncerny. Poza tym latami godzono się na sztywny kurs chińskiego yuana, który normalnie przy takiej nadwyżce handlowej, jaką odnotowywano, umacniałby się, grzebiąc w dużej mierze konkurencyjność chińskich towarów. No i wreszcie przez palce patrzono na jawne szpiegostwo przemysłowe i klonowanie pod swoimi markami towarów zaprojektowanych i produkowanych przez kogoś innego. Z tej perspektywy działania Trumpa wcale nie kojarzyły się z irracjonalnym szaleństwem.
Niestety, Chiny dwóch kroków w tył nie zrobiły. Faktem jest, że początek wyglądał obiecująco, ale wydarzenia z ostatnich tygodni pokazują, że Chińczycy postanowili przyjąć warunki amerykańskiego prezydenta. Nie w sensie poddania się naciskowi, tylko w sensie odpowiedzenia pięknym za nadobne. A zatem wprowadzono ograniczenia dotyczące kupowania towarów w Stanach i, co być może jest najbardziej spektakularne, zdecydowano się na odgórne osłabienie chińskiej waluty, co biorąc pod uwagę jak działa rynek yuana, jest relatywnie proste. A tańszy yuan to większa konkurencyjność chińskiego eksportu. A zatem wojna handlowa rozkręca się na dobre. Mało tego, może się także poszerzyć o wojnę walutową.
A jak to wszystko może wpłynąć na nas? Jeśli ktoś wierzy w to, że ograniczenia dostępności amerykańskich towarów w Chinach albo chińskich w Stanach jest dla nas szansą, to w jakiejś mierze może mieć rację. Ale tylko w jakiejś. Trudno sobie bowiem wyobrazić, że na przykład Trump będzie spokojnie patrzył, jak w miejsce amerykańskich produktów wchodzą te wyprodukowane w Polsce. Poza tym Unia Europejska też jest polem bitwy dla amerykańskiego prezydenta. Najmocniej widać to w relacjach z Niemcami i w kontekście samochodów osobowych. Trumpowi nie podoba się na przykład, że Niemcy sprzedają w USA dramatycznie więcej modeli premium niż sprzedaje się ich amerykańskich odpowiedników w Niemczech. A z produkcją niemieckich koncernów motoryzacyjnych jesteśmy mocno związani. Produkujemy bowiem dla nich olbrzymie ilości różnego rodzaju elementów. Nie tylko do samochodów zresztą. Trudno zatem z jednej strony oczekiwać, że coś ugramy na zaostrzeniu relacji USA – Chiny, a w dodatku zaraz możemy oglądać eskalację napięcia znacznie bliżej naszych granic. I w zasadzie bezpośrednio w tej eskalacji uczestniczyć.
Wojny handlowe są złe z punktu widzenia wzrostu gospodarek. W praktyce może się oczywiście okazać, że ktoś na nich wygrywa. Ale raczej będzie to dotyczyło branż, niż całych krajów. No i nie wiemy, czy owa wygrana będzie trwała.
Czy jest szansa na to, aby w relatywnie krótkim czasie doszło do jakiegoś kompromisu? Trudno powiedzieć. Na razie się na niego nie zanosi. Z drugiej strony zbliżają się wybory i Donald Trump będzie potrzebował jakiegoś sukcesu. Gdyby Chińczycy na wszystko się zgodzili, amerykańska gospodarka z pewnością by na tym zyskała. Ale eskalacja kolejnych działań ograniczających wzajemne relacje handlowe nie pomoże. Szczególnie w krótkim okresie. Trump nie może się też po prostu wycofać, bo będzie to zinterpretowane jako jego porażka.
Tak czy inaczej, do Polski w taki, czy inny sposób negatywne efekty wojny handlowej dotrą. Miejmy zatem nadzieję, że w najbliższym czasie jakiś kompromis zobaczymy.
Czy wojny handlowe są dla nas niebezpieczne?
REKLAMA
REKLAMA




















