Czy zaczyna się w Polsce wzrost cen?

0
Marek Zuber
REKLAMA

Inflacja to potoczne określenie wskaźnika CPI. A CPI, czyli Consumer Price Index to wskaźnik, który pokazuje nam, jak zmieniają się ceny. Liczy się go w ten sposób, że buduje się koszyk dóbr i usług, z którego najczęściej korzysta gospodarstwo domowe. W Polsce jest to około 2500 różnego rodzaju elementów, jakie są zebrane w grupy. Prawie 25% koszyka stanowią żywność i napoje alkoholowe. Użytkowanie mieszkania i nośniki energii to ponad 19%. A transport ponad 10%. Wśród innych grup mamy jeszcze na przykład odzież i obuwie, edukację i łączność. W sumie Główny Urząd Statystyczny, bo to on tworzy i analizuje ów koszyk, wyodrębnia dwanaście grup towarów i usług.
Raz w roku GUS dokonuje zmian koszyka. Bo przecież zmieniają się nasze preferencje związane z tym, co kupujemy. Zmienia się także w związku z tym udział poszczególnych grup w koszyku. Chodzi o to, żeby jak najbardziej przystawał on do rzeczywistości. Ale trzeba go oczywiście dobrze rozumieć. Skoro dóbr i usług jest tak dużo, to wiadomo, że nie każde gospodarstwo domowe co miesiąc kupuje każdy element koszyka. Tak jest choćby z telefonami, nie mówiąc już o samochodach. Nawet spodni zapewne nie kupujemy co miesiąc. Koszyk jest zatem pewną średnią i z tego sobie trzeba zdawać sprawę.
Jak się liczy inflację? Bierzemy w danym miesiącu ceny wszystkich elementów koszyka i porównujemy z ceną z poprzedniego miesiąca. Różnica to wskaźnik CPI miesięczny, czyli miesięczna zmiana cen. Jeśli natomiast porównamy cenę koszyka w danym miesiącu i odniesiemy ją do analogicznego miesiąca sprzed roku, będziemy mieli CPI roczne, czyli potocznie właśnie inflację.
W Polsce założyliśmy, ze optymalna inflacja ma wynosić 2,5%. Czyli CPI roczny, rok/rok, ma być na tym poziomie. Narodowy Bank Polski przyjął jeszcze, że dopuszczalne odchylenie może wynosić jeden punkt procentowy w górę lub w dół. Czyli po prostu CPI roczne ma być w przedziale między 1,5% a 3,5%. Ostatnie siedem lat to były lata bardzo niskiej inflacji. Nie tylko nie osiągnęła ona 2,5%, ale mieliśmy nawet grubo ponad dwuletni okres, od połowy 2014 roku prawie do końca 2016 roku, inflacji ujemnej. Czyli nie udało się utrzymać w przedziale zakładanym przez NBP. Jednak w sumie negatywnych konsekwencji tego stanu rzeczy nie było. W takich sytuacjach społeczeństwo może mieć chęć wstrzymania się z konsumpcją, a firmy z inwestycjami, żeby poczekać na czasy, gdy będzie jeszcze taniej. Polacy jednak ujemnej inflacji niejako nie widzieli. Nie zaobserwowaliśmy zatem jakichś problemów z tym związanych. Początek 2017 roku oznaczał przejście na stronę dodatniej inflacji i tak jest do dzisiaj. Utrzymywała się ona dość stabilnie w okolicach 2%. Po czym pod koniec zeszłego roku dość wyraźnie spadła, by znowu zacząć mocno wzrastać w pierwszych miesiącach 2019. W kwietniu osiągnęła ona 2,2%. Jesteśmy jeszcze wciąż pod celem inflacyjnym, przypominam wynosi on 2,5%, ale jednak tempo wzrostu od stycznia jest szybkie. Co się takiego dzieje?
Wzrost nastąpił głównie z powodu wzrostu cen żywności i paliw. Żywność w ujęciu rocznym podrożała o 3,3%. Paliwa o 8,5%. Żywność drożeje przede wszystkim z powodu wzrostu cen warzyw, części owoców i zboża. A to głównie za sprawą suszy. Ale swoje dodają także systematyczny wzrost kosztów pracy oraz rosnące ceny energii. Jest także oczywiście problem na rynku wieprzowiny związany z mniejszą podażą. A ta jest pochodną problemów z afrykańskim pomorem świń. Paliwa podrożały z uwagi na wzrost cen ropy na rynkach światowych oraz spadek wartości złotego w stosunku do USD.
Czy czeka nas dalszy wzrost inflacji? Żywność już raczej znacząco nie podrożeje. No chyba że znowu będziemy mieli do czynienia z jakimiś czynnikami pogodowymi, które ograniczą tegoroczne zbiory. Nie stawiam także na dalszy istotny wzrost cen ropy. Mogłoby do niego dojść na przykład w sytuacji jeszcze większego zaognienia relacji miedzy Iranem a USA. Ale to de facto oznaczałoby wojnę na Bliskim Wschodzie. Wtedy rzeczywiście trudno prognozować ceny surowca. Moim zdaniem głównym problemem może być to, o czym piszę od dłuższego czasu. Mianowicie systematyczny wzrost kosztów pracy, na który nałoży się wzrost cen energii. Tu szukałbym największych zagrożeń. Jeśli firmy miały jakieś rezerwy, to znaczna część z nich już się wyczerpała. Czy rzeczywiście uda się im nie podwyższać cen dostarczanych towarów i usług przy stale rosnących kosztach?

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze