Z rozrzewnieniem wspominam początki swojej pracy zawodowej. Owszem, w pierwszym roku, czyli w dwutysięcznym, trafiłem na kryzys – pęknięcie bańki spekulacyjnej na rynku internetowym. Ale biorąc pod uwagę to, co przeżyliśmy w ostatnich latach, można tamten kryzys uznać za zwykły, ograniczony skutek cyklu koniunkturalnego. Potem był wprawdzie ataki na WTC w Nowym Jorku, ale jego efekty ekonomiczne, nie mam tu na myśli śmierci tysięcy ludzi, przynajmniej bezpośrednio, także trudno uznać za bardzo poważne. Chociaż nigdy nie zapomnę widoku samolotu niknącego w jednej z dwóch wież nowojorskiego centrum, który obserwowaliśmy na telebimie przed którąś z hal targowych frankfurckiego salonu samochodowego. I nie zapomnę tego, że na początku myśleliśmy, iż to jakaś symulacja, bo trudno nam było uwierzyć w prawdziwość zdjęć.
Następne lata były dość spokojne. Przynajmniej, podkreślam to jeszcze raz, pod względem ekonomicznym. Ba, nie tylko spokojne, ale całkiem niezłe. Także w Polsce. Wzrost gospodarczy był odczuwany przez zdecydowaną większość społeczeństwa. Bezrobocie spadało, pensje rosły. Oczywiście nie staliśmy się potęgą europejską, ale jednak zbliżyliśmy się do tych najbogatszych.
No i potem zaczęło się totalne zamieszanie. Najpierw mieliśmy wielki kryzys finansowy i załamanie globalnej gospodarki. Największe od Wielkiego Kryzysu lat 1929‑1934. I stosowanie absolutnie nadzwyczajnych środków w celu ratowania świata. Jednoczesne dramatyczne obniżanie stóp procentowych i drukowanie pieniądza to działania bez precedensu. Świat, szczególnie Stany Zjednoczone, zaczął się podnosić z kłopotów, ale w Europie mieliśmy tylko kilka miesięcy oddechu. Uderzył w nas bowiem kryzys zadłużeniowy. Zaczęło się od Grecji, ale zagrożonych krajów, przynajmniej potencjalnie, było znacznie więcej. Do grupy tej należały nawet wielkie Włochy. Wielkie, bo w końcu to ósma gospodarka globu. Trzeba było wydać setki miliardów euro, żeby jako tako opanować sytuację i poświęcić kupiony w ten sposób czas na reformy. Na szczęście nowe fundamenty strefy euro zostały stworzone i dlatego drugi etap greckich problemów nie miał już tak dramatycznych skutków. Ale oczywiście spokojnie też nie było. Grecy przyjęli w końcu warunki narzucone przez świat. Mało tego, wreszcie po wielu latach zaczęły się poprawiać wyniki najbardziej dotkniętych kryzysem gospodarek. Cała strefa euro dobiła do 1,5% wzrostu PKB (czekaliśmy na to od 2011 roku), na plus wyszły Hiszpania, Portugalia, Grecja i nawet, w ostatnich dosłownie miesiącach, Włochy.
I kiedy wydawało się, że już, że wreszcie będzie tylko lepiej, znowu pojawiły się problemy. Najpierw w postaci załamania rynku kapitałowego w Chinach i oficjalnym potwierdzeniu hamowania chińskiej gospodarki, a potem w kwestii uchodźców. Co do Chin, zajmowałem się już tym tematem i na razie wygląda na to, że nawet jeśli Państwo Środka jeszcze bardziej straci impet, skutki dla świata powinny być jednak ograniczone. Oczywiście pojawiają się pytania o stabilność polityczno – społeczną Chin, które także mogą mieć przełożenie na gospodarkę, jednak na dzisiaj znacznie większym wyzwaniem są z pewnością uchodźcy.
A ta sprawa jest szalenie skomplikowana. Bo ekonomicznie imigranci są nam, Europie, potrzebni. Kryzys demograficzny jest faktem i nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Za chwilę ten problem dotknie także Polskę. Ale obok kwestii ekonomicznych są także inne. Choćby religijne. Czy też zagrożenie terroryzmem. Z jednej strony wyzwania ekonomiczne, no i oczywiście etyka i moralność, które nakazują pomagać potrzebującym, z drugiej, w najlepszym razie zmiany w obszarze narodowym. Być może także jeszcze dalej idące. Nie wygląda zatem na to, żeby najbliższe lata oznaczały stabilizację. Miejmy jednak nadzieję, że tym razem czekają nas jednak zmiany tylko na lepsze.
Europa, czyli kiedy będzie stabilizacja?
REKLAMA
REKLAMA




















