No i stało się! SYRIZA de facto przejęła władzę w Grecji. Obawy związane z tą partia dotyczyły przede wszystkim kierunku, w jakim Grecja ma podążać. A dokładnie, w jakim podążać mają greckie finanse publiczne i, co po części z tym związane, grecka gospodarka. W kampanii wyborczej pojawiały się stwierdzenia, że dość już zaciskania pasa, że trzeba zacząć wydawać pieniądze, że Grecja nie jest pariasem Europy, że ma swoje prawa i sama będzie o sobie decydować, bez ekonomicznego nacisku międzynarodowych instytucji, a greckie społeczeństwo jest już po prostu zmęczone. Czyli mówiąc najkrócej: koniec z polityką prowadzoną w ostatnich latach! Mało tego, być może najlepszym wyjściem dla Grecji byłoby wyjście ze strefy euro. Trudno się dziwić, że takie stwierdzenia wywoływały niepokój. Pamiętamy bowiem, co się działo w Europie wtedy, kiedy okazało się, że Grecja nie jest w stanie spłacić swoich długów. Jakie zamieszanie z tego faktu wynikło i ile kosztowało.
Na szczęście Europa 2011‑tego roku znacznie różni się od tego, co widzimy dzisiaj. A dokładnie strefa euro. Po pierwsze, obowiązuje pakt fiskalny, który ogranicza możliwość zbytniego zadłużania się krajów w przyszłości. Po drugie, jesteśmy po lub w trakcie bardzo poważnych reform w poszczególnych krajach strefy. Po trzecie, mamy kontrolę Europejskiego Banku Centralnego nad systemem bankowym i jesteśmy po stress testach, czyli badaniu odporności banków na wstrząsy. I badanie to wypadło dużo lepiej, niż sądziła większość ekspertów. No i po czwarte: potrafimy już sobie wyobrazić wyjście jakiegoś kraju ze strefy.
Obawy przed wynikiem wyborów w Grecji były zatem, moim zdaniem, mocno przesadzone. Owszem, ewentualne wyjście Grecji ze strefy wspólnej waluty doprowadziłoby do perturbacji, ale z pewnością nie tak poważnych jak podczas kryzysu trzy lata temu. Trochę zamieszania i potem spokój. Jeśli ktoś rzeczywiście poważnie odczułby owe zdarzenie, to sami Grecy, którzy dramatycznie by zbiednieli. I wcale nie jestem pewien, czy proces reformowania kraju gwałtownie by przyspieszył. Tak czy inaczej bowiem Grecy potrzebowaliby pożyczek, pytanie tylko, kto w takiej sytuacji by ich udzielił. A nawet jeśli, to na jakich warunkach.
Jesteśmy po wyborach i póki co żadne ostre wypowiedzi członków SYRIZY nie mają potwierdzenia w rzeczywistości. Nikt nie mówi o wychodzeniu ze strefy euro, powraca ton dyskusji, a nie narzucania rozwiązań, rozpoczynają się co prawda pierwsze konsultacje w kwestii zmian planu naprawczego dla Grecji, ale ze strony Greków przeważa retoryka pojednawcza. Prawdopodobnie znowu okazało się, że co innego mówi się w trakcie kampanii wyborczej, a co innego robi się potem, mając świadomość konsekwencji sowich czynów.
Moim zdaniem w jednym nowi greccy przywódcy mają rację. Grecy długo już poważnie zaciskają pasa, a i tak jest mało prawdopodobne, że kiedykolwiek będą w stanie spłacić potężne zadłużenie. Część jego pierwotnej wartości została już zredukowana, ale wydaje się, że to, co zostało, i tak przytłoczy ten relatywnie mały w końcu kraj. Mam oczywiście świadomość tego, że Grecy sami sobie są winni, nikt im ostatecznie nie kazał się zadłużać. Nie zmienia to jednak faktu, że bez kolejnej wydatnej międzynarodowej pomocy efektu nie będzie. Ważne jest jednak to, że, jak się wydaje, Grecja nie chce konfrontacji, tylko współpracy. I miejmy nadzieję, że tak jest rzeczywiście.
Grecki zapalnik
REKLAMA
REKLAMA




















