Kompromitacja Trumpa

1
Stefan Niesiołowski
REKLAMA

Kompromitacja Trumpa, który bił brawo i rozwinął czerwony dywan przed zbrodniarzem i mordercą (truciciel Litwinienki, morderca Nawalnego i odpowiedzialny za liczne zbrodnie wojenne na Ukrainie) Putinem, to i tak bardzo łagodne stwierdzenie. Mamy do czynienia z niebotyczną naiwnością i zwyczajną polityczną ślepotą człowieka, który zaślepiony własnym egoizmem i marzeniami o Pokojowej Nagrodzie Nobla, popełnia błąd za błędem i może doprowadzić do katastrofy w wielu rejonach świata. Zapowiadał buńczucznie w trakcie własnej niesławnej kampanii wyborczej, że w pierwszym dniu po objęciu urzędu „załatwi”, czyli doprowadzi do zakończenia wojny na Ukrainie. Termin „załatwiać” to ulubione określenie Trumpa, on najchętniej coś lub kogoś by „załatwił, a koszty będzie ponosił ktoś inny. Ogromny potencjał militarny, ekonomiczny i w efekcie także polityczny amerykańskiego supermocarstwa powoduje, że wpływ tego, co mówi i robi Trump jest niestety znacznie większy od zapisu znaczeń jego słów, a także często nieprzemyślanych, lekkomyślnych gestów.

Nic nie wskazuje, aby po haniebnym spotkaniu Trumpa z Putinem na Alasce cokolwiek zmieniło się na korzyść pokoju, aby w najmniejszym stopniu poprawiło to sytuację napadniętej Ukrainy i mordowanego narodu ukraińskiego. Nie znamy wielu szczegółów, ale z tego, co już wiemy, nie nastąpiło zawieszenie ognia ani w najmniejszym stopniu ograniczenie wojny. Trwa rosyjska agresja, a jednocześnie zapowiadane przez Trumpa sankcje przeciwko Rosji nie weszły w życie. Kolejna fałszywa obietnica amerykańskiego prezydenta. Jest to sytuacja korzystna dla Putina, a niekorzystna dla Ukrainy. Jest bardzo ważne, że mimo desperackich wysiłków armii rosyjskiej, aby w momencie spotkania Trump – Putin osiągnąć jakiś istotny sukces na froncie i zdobyć chociaż szturmowany i oblegany od wielu miesięcy Pokrowsk. Jednak Pokrowska nie udało się Rosjanom zdobyć. Przeciwnie, armia ukraińska odrzuciła siły rosyjskie i jednocześnie wykonała kilka istotnych uderzeń w głębi terytorium Rosji, niszcząc rafinerie, które – jak podawały media – produkują ok. 15% rosyjskich paliw.

Wojna, jaką od 10 lat (a z dużą intensywnością od 3 lat) prowadzi Rosja, to pasmo porażek, nieudolności, raczej kompromitacja tego państwa. Nie jest to wojna potwierdzająca pozycję Rosji jako silnego państwa. Mamy raczej kolejną powtórkę z nieudolnych, kompromitujących wojen carskiej Rosji w XIX wieku i XX wieku oraz Rosji Sowieckiej z Polską, Finlandią i Afganistanem. Ale z drugiej strony Rosja może tę wojnę prowadzić nadal, nie przegrywa, a jej odporność i możliwości powodują, że w trudniejszej sytuacji jest jednak Ukraina, o sile której stanowią sojusznicy, głównie europejscy. Wyciąganie Putina z bagna klęski, kompromitacji, zbrodni i nieudolności jest wielkim błędem amerykańskiego prezydenta.

REKLAMA (2)

Dalsze rozmowy z udziałem Trumpa, polityków europejskich, być może Putina, a z pewnością Zełenskego, będą trwały, ale nie sądzę, by cokolwiek w najbliższym czasie uległo zmianie. Putin nie chce pokoju i tylko siłą można go do pokoju zmusić. To, co obserwujemy, to gra pozorów, a w najbliższym czasie będziemy mieli najpewniej łagodniejszą wersję haniebnego spotkania Trump – Zełensky w Gabinecie Owalnym. Będziemy mieli do czynienia z próbą zmuszenia prezydenta Ukrainy do kapitulacji i oddania Putinowi dużych obszarów Ukrainy, najpewniej nie tylko tych, które Rosja do tej pory zdobyła. I mam nadzieję, że Zełensky na te haniebne „propozycje” amerykańskiego „sojusznika” się nie zgodzi. Taki z grubsza przewiduję najbliższy scenariusz – naciski na Ukrainę ze strony Trumpa i twarde poparcie dla Ukrainy ze strony państw europejskich. Takie sygnały dochodzą ze strony polityków w Waszyngtonie, a innych nie widać.

REKLAMA (3)

„W administracji Trumpa brakuje czegoś tak niezwykle istotnego jak zrozumienie przeciwnika. Czy oni naprawdę myślą, że Rosja gotowa jest podjąć kroki niezbędne do zakończenia tej wojny? Bo jeśli nie ma dowodów na to, że Rosja poważnie myśli o negocjacjach, a nie tylko o stawianiu ultimatum, na które nikt poważny nie może się zgodzić, to po co w ogóle organizować szczyt? W pewnym sensie może to być ironiczny efekt spotkania na Alasce: Europa w końcu odkryje, że jest znacznie potężniejsza, niż jej się wydaje… Jest jasne, że Putin nie jest gotowy na ustępstwa, które Europa i Ukraina byłyby gotowe zaakceptować. I dlatego to wszystko mogło być tylko bardzo powierzchowne. Załóżmy przez chwilę, że Trump chce doprowadzić naprawdę do trwałego rozwiązania konfliktu. Tylko, że to wymaga wielu długich konsultacji z europejskimi partnerami i Ukrainą. Konieczne jest budowanie konsensusu, a tego całkowicie brakuje. Trump uważa się za mistrza skuteczności, zwłaszcza w dyplomacji. Nieustannie słyszymy z Białego Domu, że prezydent rozwiązał poważny konflikt między Rwandą a Demokratyczną Republiką Kongo. Postanowił więc pójść dalej: „Jestem niesamowicie potężny, kraj mnie kocha, odnoszę sukces za sukcesem. A teraz nastąpi kolejny rozdział w mojej historii sukcesu”. Trump wierzy, że wszystko można negocjować, ponieważ jest to jego filozofia życiowa. Putin to oczywiście zupełnie inna postać. On nie ustępuje” (Maciej Nowicki, „Po amerykańsko-rosyjskim szczycie”, „Newsweek”, 18-24.08.2025 r.).

Trudno nie zgodzić się z tymi przenikliwymi uwagami. Trump nie chce pokoju, tylko kapitulacji Ukrainy, czyli z grubsza tego samego, co Putin. Nie jest więc sojusznikiem Ukrainy, ale jej wrogiem, co już zauważyło wielu polityków, zwłaszcza francuskich. Francja od zawsze charakteryzowała się ograniczonym entuzjazmem wobec polityki amerykańskiej (odsyłam do dramatycznego, pięknego wystąpienia senatora Claude Malhuret), chociaż wojska USA dwukrotnie lądowały na francuskich plażach i wyzwalały ten kraj spod niemieckiej okupacji. Dziś Francja jest jedynym mocarstwem nuklearnym Unii Europejskiej i wspólnie z Niemcami oraz Wielką Brytanią stanowi o sile także militarnej, zdolnej przeciwstawić się Rosji. Nie wydaje się możliwe, aby Ukraina zgodziła się na kapitulację, która w dodatku nie byłaby żadnym trwałym pokojem, lecz tylko odsunięciem w czasie kolejnej moskiewskiej agresji, zmierzającej do podbicia Ukrainy i odtworzenia sowieckiego imperium zła. Analogie z Monachium w 1938 roku i Jałtą w 1945 są uderzające. Tam też nie było głównego zainteresowanego (w Monachium Czechosłowacji, a w Jałcie Polski), to jednak w czasie Jałty Stalin zajmował już praktycznie całą Polskę i te obszary Europy, które później tworzyły jego strefę, a obecnie Putin nie zajmuje całej Ukrainy. W Jałcie Roosevelt bezmyślnie wzdychał, że Polska zawsze powoduje kłopoty, a na Alasce Putin z pewnością ubolewał nad brakiem rozsądku Ukrainy? Tylko w Monachium führer mówił o tym, że pragnie pokoju i nie chce więcej terytoriów, duce kiwał głową, a premierzy Anglii i Francji z radością podpisywali traktat gwarantujący pokój dla naszych czasów

Na tym tle dość żałośnie wyglądają działania pisowskiej dyplomacji, która zmierza wyłącznie do osłabienia pozycji nielubianego rządu i znienawidzonego Tuska. Kaczyński i Batyr dobrze wiedzą, że na drodze do ich niekontrolowanej władzy, podbicia Polski i jej bezkarnego łupienia stoi Donald Tusk, i stąd się bierze ich patologiczne nienawiść. Dlatego wyżebrali udział Batyra w rozmowie z Trumpem. Ciekawe, czy Batyr zna nazwiska chociaż trzech postaci z historii Ukrainy i dwie daty? I czy Trump w ogóle wie cokolwiek o niechlubnym życiorysie tego kibola? Cała działalność dyplomacji pisowskiej to próba narzucenia światu Batyra jako poważnego polskiego polityka. Co jest działaniem daremnym, bo przecież służby dyplomatyczne państw europejskich mają jego życiorys i znają jego dotychczasowe „dokonania” i „triumfy”. Nie zgadzam się z panującą w mediach, moim zdaniem, niezbyt mądrą opinią, że konieczna jest jedność Polaków w najważniejszych sprawach, a są nimi kwestie obronności i bezpieczeństwa. To banał, który dla pisowców oznacza, że mamy się zgodzić na prowadzenie przez Batyra polityki zagranicznej i obronnej w możliwie szerokim zakresie. Nie widzę najmniejszego powodu, aby rezygnować z przestrzegania Konstytucji, która wyraźnie stwierdza, że politykę tak zagraniczną, jak i wewnętrzną prowadzi rząd. Dobrze pamiętam, jak Kaczyński przez 5 lat nie uznawał prezydenta Komorowskiego, który „został wybrany przez nieporozumienie”, i który był rzecznikiem obcych interesów i współodpowiedzialnym za zamach smoleński. Był Kaczyński (zbawca narodu) w tej nienawiści niezwykle konsekwentny, zdaje się, że tylko raz wziął udział w spotkaniu z udziałem prezydenta Komorowskiego w spotkaniu z prezydentem Barackiem Obamą. Czasami może warto brać przykład ze zbawcy narodu i największego polskiego męża stanu wszystkich czasów, kontynuatora myśli i czynu marszałka Piłsudskiego?

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
1 Komentarz
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze