Inflacja w grudniu spadła do poziomu 6,1%. Czy 2024 rok przyniesie nam powrót do normalności w kwestii wzrostu cen?
W zeszłym tygodniu próbowałem podsumować gospodarczo rok 2023. Oczywiście wybrałem tylko kilka kwestii, ostatnie dwanaście miesięcy były naprawdę ciekawe. To, co z pewnością mocno doskwierało nam w Polsce i w wielu innych krajach na świecie, to bardzo mocny wzrost cen. W naszym kraju szczyt inflacji przypadł na luty. 18,4% to poziom widziany ostatnio pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Potem było już lepiej, inflacja mocno spadała. W grudniu osiągnęliśmy 6,1%, czyli wyraźnie mniej niż w lutym i poniżej średniej prognoz, która wynosiła 6,5%. Inflacja średnioroczna za cały 2023 rok wyniosła około 11,5%.
Patrząc na owe 6,1% musimy jednak pamiętać o dwóch kwestiach. Pierwsza to taka, że 6,1% to wciąż o wiele więcej, niż chcemy mieć. Przypomnę, że cel inflacyjny wynosi 2,5% z możliwymi odchyleniami o punkt procentowy. Czyli chcemy inflacji między 1,5% a 3,5%. Do górnego ograniczenia tego przedziału możemy się zbliżyć już za chwilę. Początek roku może oznaczać bowiem kolejny mocny spadek wskaźnika CPI. Będziemy go zawdzięczać między innymi utrzymaniu tarczy antyinflacyjnej.
Druga kwestia to właśnie tarcza antyinflacyjna. Ograniczenie wzrostu cen prądu, gazu i żywności obniżało inflację w ostatnich miesiącach. I ten wpływ wynosił ponad dwa punkty procentowe. Innymi słowy: gdyby tarczy nie było, to inflacja w grudniu byłaby w okolicach 8%. Oczywiście w wielu krajach stosowano różnego rodzaju ograniczenia dotyczące przełożenia się rosnących cen na gospodarstwa domowe. A teraz się z tego rezygnuje. To między innymi dlatego w grudniu w kilku krajach strefy euro obserwowaliśmy odbicie inflacji. Zresztą w całej strefie doszło do jej wzrostu z 2,4% w listopadzie do 2,9% w ostatnim miesiącu roku.
Nowy rząd, jak wiemy, przedłużył tarczę antyinflacyjną, co ma, biorąc pod uwagę obecną sytuację, dwie konsekwencje. Pierwsza, oczywista, że wzrost cen do momentu jej utrzymania będzie nieco mniejszy. A druga, że jeśli jeszcze trochę poczekamy, to odejście od tarczy nie spowoduje prawdopodobnie już takiego wzrostu cen. Dlaczego? 2024 rok przyniesie nam, właściwie już przyniósł, spadek cen prądu w stosunku do roku 2023 i może również przynieść spadek cen gazu. Oczywiście na rynku te spadki w stosunku do poziomów z początku 2023 roku widzieliśmy w ciągu roku. Ale nie musiały się one przekładać od razu na gospodarkę choćby ze względu na podpisywanie dłuższych umów dotyczących dostaw prądu i gazu. Chodzi mi tu głównie o przedsiębiorców. Spadek cen nośników energii w tym roku będzie oznaczał, że wpływ tarczy antyinflacyjnej na inflację będzie mniejszy. Bo mniejsza będzie różnica między cenami wynikającymi z tarczy i bez niej. Oczywiście w przypadku żywności nic się nie zmieni. Powrót do VAT 5% (obecnie mamy 0%) to potencjalnie wzrost cen o 5%. Potencjalnie, bo teoretycznie handel może część wzrostu wziąć na siebie. Ale w sumie może się okazać, że jeśli za parę miesięcy rząd postanowi zrezygnować z tarcz, to inflacja już nie wzrośnie tak bardzo, jak wzrosłaby w zeszłym roku. Choć dalej będzie to wzrost odczuwalny, choćby ze względu na żywność.
No dobrze. Jak już napisałem, początek roku będzie zapewne oznaczał duży spadek inflacji, pewnie grubo poniżej 5%. A co potem? I to jest pytanie otwarte. Boję się, że ten mocny spadek, jeśli do niego dojdzie, będzie tylko chwilowy i że w drugim kwartale, a przede wszystkim w drugim półroczu, inflacja znowu wzrośnie. Choć oczywiście już nie do takich poziomów, jak na początku 2023 roku. Ale jeśli tarcza antyinflacyjna zostanie zniesiona, to nie wykluczałbym ponownego przebicia 7%. A zatem 2024 rok może być kolejnym rokiem pod szyldem walki z inflacją, choć już nie tak dramatycznie wysoką.
No to jeszcze na koniec dwie dobre informacje. Pierwsza, że gospodarka powinna wyraźnie przyspieszyć. Może nawet, choć to dzisiaj wersja optymistyczna, zobaczymy trójkę z przodu, jeśli chodzi o wzrost PKB za cały rok. I druga, że raczej definitywnie skończył się okres spadku realnych wynagrodzeń. Rok 2024 powinien oznaczać wzrost naszych możliwości zakupowych. I to nawet w sytuacji wzrostu inflacji w drugiej połowie roku. Tu jest zresztą problem. Z jednej strony cieszymy się, że znowu poprawi się sytuacja społeczeństwa. Z drugiej, jeśli się poprawi, to pewnie będzie ono więcej kupować, a to da dodatkowy impuls wzrostu inflacji. Co zatem robić? Cieszyć się, że mamy znowu więcej środków do dyspozycji, ale ograniczać kupowanie, bo to utrudnia walkę z inflacją. Przynajmniej na razie, dokąd jej nie opanujemy. Tak powinniśmy robić. Choć oczywiście jak mniej kupujemy, to wolniej rozwija się gospodarka. No i takie to mamy w tej chwili dylematy…




















