Coraz bardziej wygląda na to, że PiS się boi. Po początkowym okresie euforii i nieposkromionej radości, że udało się Nawrockiemu dorwać do najwyższego urzędu w państwie, a to oznaczałoby rządy Kaczyńskiego, nieograniczonego rabowania Polski i odwetu na przeciwnikach, pojawiają się trudności. Okazało się, że zwycięstwo nie jest oczywiste. O strachu w PiS-ie świadczy nie tylko wiele wypowiedzi pisowców i obsesyjne zapewnianie, że żadnego przeliczania głosów nie będzie, ale także histeryczna reakcja p. Dudy po wypowiedzi premiera na temat ewentualnego ponownego przeliczenia głosów. O „histerii” p. Dudy mówił nawet Donald Tusk, raczej unikający epitetów i bardzo ważący słowa, szczególnie w odniesieniu do lokatora tzw. dużego pałacu. Taktyka PIS obecnie polega na powtarzaniu, że wybory zostały rozstrzygnięte i można co najwyżej, a nawet być może trzeba, przeliczyć głosu w kilku komisjach, co oczywiście niczego nie zmieni, bo jakiekolwiek wyniki w tych komisjach nie zmienią wygranej Nawrockiego. Rzecz w tym, że mogą zmienić, jeśli okaże się, że skala fałszerstw, nie przypadkowych i nieumyślnych pomyłek, ale świadomych, zorganizowanych działań, mających na celu sfałszowanie wyników, jest na tak dużą skalę, że obejmuje wybory w całym kraju. Wiele wskazuje na to, że tak właśnie było. Niektóre sprawy już prowadzi prokuratura, niektóre, jak tzw. aplikacja Mateckiego albo tajemnicze szkolenie, które pisowcy za wszelką cenę starają się ukryć (o którym nawet nie wiadomo, kto, dla kogo i gdzie je prowadził), wymagają ujawnienia i oceny. Chyba pierwszy raz w najnowszej historii mieliśmy do czynienia z tajnym szkoleniem osób zasiadających w komisjach wyborczych? I chyba pierwszy raz skala protestów i informacji o przekrętach, zapisywaniu głosów oddanych na jednego kandydata drugiemu, pomyłek, a przede wszystkim zdumiewająco duża liczba nieważnych głosów była tak wielka. Jak to się stało i dlaczego w drugiej turze tak wielu wyborców w tych samych miejscowościach głosowało zupełnie inaczej niż w pierwszej? Dlaczego nagle znikali wyborcy Trzaskowskiego, a na ich miejsce masowo pojawiali się wyborcy Nawrockiego, ginęły całe worki z oddanymi głosami? I wreszcie skąd ta gigantyczna liczba głosów nieważnych, najczęściej oddawanych na dwóch kandydatów, co może sugerować, że ktoś celowo unieważniał głos oddany na kandydata KO? To wszystko musi być wyjaśnione przez prokuraturę i ABW, zwłaszcza jeśli okaże się, że mieliśmy do czynienia ze zorganizowaną i prowadzoną w skali całego kraju akcją fałszowania wyborów. Można tym razem powtórzyć to, co Kaczyński ponad 10 lat temu zarzucił z trybuny sejmowej politykom PO – sfałszowaliście wybory, na co nie miał najmniejszych podstaw. Być może teraz są podstawy?
Tradycja fałszowania wyborów Polsce jest niestety bardzo długa. Osiem lat po odzyskaniu własnego państwa, w 1926 roku, mieliśmy krwawy zamach stanu. W walkach, których rocznica niedawno minęła, zginęło na ulicach Warszawy około 500 osób. Władzę zdobyła klika skupiona wokół Józefa Piłsudskiego, która sprawowała ją do końca istnienia II RP i nigdy nie dopuściła do uczciwych wyborów. Wybory były tak organizowane i przeprowadzone, że ich wynik nie mógł przesądzić o utracie władzy przez obóz piłsudczykowski, nazywany sanacją najpierw pozytywnie, a później termin ten nabrał pejoratywnego znaczenia. Stworzenie takiego systemu jest marzeniem Kaczyńskiego. W Polsce oczywiście istniały elementy demokratyczne, opozycja, wolność słowa, poszanowanie prawa, ale wszystkie one były kontrolowane i limitowane przez rządzących. Oczywiście na tle wielu innych państw Polska byłą rajem i marzeniem w Europie Środkowej.
Po II wojnie wybory zostały najpierw brutalnie i nie bez ofiar sfałszowane przez komunistów w 1947 roku, a następnie już nigdy do końca trwania Polski Ludowej się nie odbyły. Władza nie pochodziła bowiem z wolnych wyborów, ale z nadania politycznego wąskiego kierownictwa partii rządzącej, której nikt nie kontrolował, a jej zmiana dokonywała się z reguły w drodze krwawych przewrotów i walk ulicznych. Myślę, że taki system jest też marzeniem i celem Kaczyńskiego. Po co ryzykować utratę władzy poprzez przegrane wybory, kiedy można do nich nie dopuścić? Jak w Rosji czy na Białorusi, Iranie czy najpewniej (za rok się przekonamy) na Węgrzech. System ten polega na tym, że to dyktator np. Iranu (dziś ajatollah Chamenei) decyduje, kto może kandydować, a potem społeczeństwo dokonuje wyboru pomiędzy zwolennikami reżimu, bo żadna legalna opozycja nie istnieje. Oczywiście reżim w Iranie jest bez porównania bardziej represyjny, krwawy i okrutny niż infantylna dyktatura Kaczyńskiego, ale jest ona wystarczająco skorumpowana i blokująca pod każdym względem rozwój i normalne funkcjonowanie państwa, aby nie dopuścić do jej recydywy.
Tak pisze Jerzy Baczyński: ”Stało się fatalnie. Być może na dekadę straciliśmy szansę przywrócenia praworządności, rozliczenia nadużyć PiS, naprawy sądownictwa, prokuratury, mediów publicznych, wprowadzenia związków partnerskich, liberalizacji przepisów aborcyjnych. Grozi nam populistyczna licytacja w gospodarce. Polskę czeka instytucjonalna dwuwładza, ustawowy paraliż, sabotaż ze strony znacznej części administracji, spadek znaczenia w Europie. Zagraniczne komentarze po wyborach są głównie takie, że Nawrocki to bardzo zła wiadomość dla Unii, dla Ukrainy, a przede wszystkim dla Polski, która zafundowała sobie wiele lat kryzysu i chaosu. Jeśli koalicja się ogarnie i poskłada, premier zacznie rozmawiać z sojusznikami i wyborcami, jeśli powstaną sensowne programy i projekty, które Nawrocki i PiS będą blokować – jest szansa na wyborczy rewanż w 2027 roku za rok 2025” („Policzone 1 czerwca”, „Polityka”, 11-16.06.2025 r.).
Ze strony obozu nacjonalistów, a zwłaszcza PiS, który będzie licytował się z Konfederacją w radykalizmie i podpalaniu Polski, nie można spodziewać się niczego dobrego. Oni nie poprą żadnej reformy, działań służących gospodarce czy szerzej czemukolwiek w Polsce, bo to działa na korzyść koalicji rządzącej, a celem nacjonalistów jest obalenie rządu. Bardzo wiele zależy od działań Koalicji 15 Października, której elementarnym interesem jest unikanie wewnętrznych sporów, a zwłaszcza wynoszenie ich na zewnątrz. Ile rządów i dobrych projektów upadło przez bezmiar głupoty, pychy, egoizmu, krótkowzroczności, partyjniactwa będącego endemiczną chorobą demokracji. Wielki polityk i jeden z największych wrogów Polski, ale jednocześnie znawca języka i naszej historii oraz twórca niemieckiej potęgi, Ottto von Bismarck, powtarzał, że wystarczy dać Polakom władzę, a sami się wykończą. Kaczyński jest egzemplifikacją, potwierdzeniem słuszności tych słów. Inny wielki polityk, Winston Churchill, napisał: ”Historia Europy ma swoją tragiczną tajemnicę, właśnie Polaków, którzy indywidualnie są zdolni do heroizmu i posiadają cnoty waleczności i wdzięku, a którzy wykazują w swoim życiu państwowym niedostatki nieuleczalne. Wspaniali w rewolcie i w czasie klęski, stają się nikczemni i nędzni w czasie zwycięstwa. Odważni z odważnych są często kierowani przez podłych pomiędzy najpodlejszymi” (Tomasz Jastrun, „Dwa narody”, „Przegląd” 9-15.06.2025 r.). Wielu polskich polityków w samym tylko wieku XX, gdy Churchill pisał te słowa, pasowało do tej znakomitej i trafnej definicji. Dziś, jak słyszę Kaczyńskiego i jego pachołków, trudno odmówić głębokiej słuszności brytyjskiemu mężowi stanu.
Sytuacja w Polsce daleka jest od wyjaśnienia i nie sądzę, aby pisowcom udało się narzucić swoją absurdalną wersję wydarzeń, że nic się nie stało, a gigantyczna skala wyborczych fałszerstw była rezultatem nieumyślnych ludzkich błędów w skali takiej samej co zwykle. Wygląda na to, że właśnie w celu umożliwienia sfałszowania wyborów i wielu innych tego typu nadużyć powołali specjalną izbę kontroli nadzwyczajnej SN, która ma decydować o ważności wyborów. Na czele w/w izby stoi przyjaciółka Ziobry, p. Manowska, zasłużona w działaniach, decyzjach i nominacjach na rzecz PiS-u, z pewnością wierna Kaczyńskiemu, za to nie gotowa do podjęcia działań, które nie byłyby na rękę prezesowi. Gdyby ta w/w izba zadecydowała o ważności wyborów, byłoby to działanie na rzecz PiS. Tej izby europejski TSUE nie uznaje za sąd. Za sąd też nie jest uznawana przez żaden organ niezależny od PiS. Nie widzę powodu, aby o tym, kto będzie prezydentem Polski, zadecydował Kaczyński. I dlatego czeka nas bardzo poważny kryzys polityczny i konflikt, do którego pisowcy już się przygotowują. Wygląda na to, że mają zamiar rozstrzygnąć ten konflikt na ulicach. Niech spróbują. Być może tak jak w 1926 roku, kiedy o rządach w Polsce zadecydowały walki na ulicach, obecnie wszystko być może będzie zależało od mobilizacji społeczeństwa. Czy będzie gotowe bronić demokracji, czy pogodzi się z autorytarnym reżimem? Jednak scenariusz siłowej konfrontacji byłby jednak najgorszym z możliwych dla Polski. Ale dla PiS, walczącego o korzyści ze sprawowania władzy i bojącego się odpowiedzialności za 8 lat okradania Polski i łamania Konstytucji, ta walka ma najpewniej istotne znaczenie.




















