Ukraina broni swojej niepodległości i wolności – to jasne. Ostatnie sukcesy i odbicie terytorium o powierzchni obejmującej jedną trzecią polskiego województwa, a przede wszystkim olbrzymie straty zadane armii rosyjskiej oraz strategiczne sukcesy ujawniające słabość i nieudolność sił Putina, pozwalają z optymizmem patrzeć w przyszłość. Tu nawet nie chodzi o odzyskanie zajętych przez rosyjskich najeźdźców obszarów, bo do odzyskania całego (nie licząc Krymu) zajętego od 2014 terytorium Ukrainy jeszcze daleko. Jednak od wrześniowej ofensywy wraz ze zmianą sytuacji na froncie i klęskami Putina zmieniła się sytuacja geostrategiczna i polityczna. „Ukraina wraca do utraconego w czerwcu obwodu ługańskiego. Jej oddziały podchodzą pod Lisiczańsk. Rosyjski ochotniczy korpus, który miał bronić zajętej Charkowszczyzny i Donbasu, został rozgromiony. Według niepotwierdzonych informacji, które pojawiają się w mediach społecznościowych, Ukraińcy mają już Lisiczańsk, niespełna 100 tys. miasto nad rzeką Doniec, pod pełną kontrolą… Jest jednak film, na którym załadowany piechotą ukraiński transporter opancerzony jedzie przez świeżo wyzwoloną miejscowość Biłohoriwka. Znajduje się ona siedem kilometrów od centrum Lisiczańska. Rosjanie borykają się na całej Ukrainie z problemami logistycznymi. Brakuje amunicji i żywności. Składy na tyłach są niszczone przez ukraińską artylerię, a linie kolejowe, którymi Rosjanie dowożą zaopatrzenie – przez ukraińskich partyzantów…
Rosjanie ewidentnie liczą się z utratą ważnych miast w obwodzie ługańskim, bo wściekle atakują ukraińskie pozycje pod Bachmutem i Soledarem. To miejscowości w obwodzie donieckim, położone 40 km na południe od Lisiczańska, które strzegą od wschodu dostępu do Słowiańska i Kramatorska, głównych miast ukraińskiego Donbasu. Rosja najwyraźniej potrzebuje sukcesu, który równoważyłby klęski na Charkowczyźnie.” (Bartosz Wieliński, „Ofensywa trwa. Ukraińcy idą po Lisiczańsk”, „Gazeta Wyborcza” z dn. 19.09.2022 r.).
Inne analizy i opinie w niezależnych od Putina i jego klientów mediach są podobne. Wojna trwa i nic nie jest rozstrzygnięte, ale mamy znaczący przełom i poprawę sytuacji Ukrainy oraz katastrofalne pogorszenie sytuacji Rosji i personalnie odpowiedzialnego za to rosyjskiego dyktatora. Ukraińska kontrofensywa najprawdopodobniej rozwinie się w kierunku Chersonia i doprowadzi do odzyskania tego największego z miast ukraińskich, zajętych podczas ofensywy w 2022 roku. Sprzęt dostarczany przez kraje NATO jest zdecydowanie lepszy od rosyjskiego i jeśli dostawy te będą zwiększone, nie ulega wątpliwości, że zostaną odbite dalsze tereny, prawdopodobnie wszystkie zajęte w 2022 roku, czyli 145 km2, a być może także Krym. Byłoby to spektakularną, militarną i polityczną klęską Putina, co doprowadziłoby do jego upadku. Sytuacja: ukraiński żołnierz i zachodnia (głównie amerykańska) broń jest najgorszym, co może spotkać Rosję. Jest też w pewnym sensie powtórzeniem sytuacji z wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r., kiedy również polska armia korzystała z zachodniej (głównie francuskiej) pomocy wojskowej.
Rosja nadal słabnie i nie pomogą jej brednie o użyciu broni nuklearnej, co miałoby trudne do przewidzenia, ale z pewnością niekorzystne dla Rosji następstwa. Tak samo jak ogłoszenie przez Putina „częściowej” mobilizacji oraz oszukańcze, wzorowane na stalinowskich z 1939 roku referenda, co jest raczej przejawem słabości. Wysyłanie niewyszkolonych i wyraźnie niemających ochoty umierać za szaleństwa Putina ludzi na front, nie zmieni sytuacji militarnej na korzyść Rosji. Mogą powstać oddziały zaporowe strzelające do cofających się lub uciekających własnych żołnierzy, co także z powodzeniem stosował Stalin. Ale Armia Czerwona walczyła z hitlerowcami z powodu bezdennej głupoty Hitlera, który ogłosił, że walczy z rosyjskimi „podludźmi”, co bardzo ułatwiało sytuację Stalina. Putin nie ma racjonalnych argumentów na rzecz napaści na Ukrainę. Jednocześnie cementuje się jedność Zachodu, co skutkuje zwiększeniem pomocy militarnej (głównie amerykańskiej) dla Ukrainy. Po raz kolejny Ameryka ratuje Europę i cywilizację oraz kulturę w znanym nam kształcie. Pierwszy raz, gdy przystąpienie Stanów Zjednoczonych do wojny w 1917 roku przesądziło o klęsce Niemiec, które po podpisaniu pokoju brzeskiego i wyłamaniu się Rosji z sojuszu Ententy, mimo chwilowej przewagi, nie mogły już wygrać wojny. Po raz drugi, gdy żołnierze amerykańscy lądowali w 1944 roku w Normandii, płacąc bardzo wysoką cenę na plaży Omaha pod Falaise, a później w Ardenach. I wreszcie po II wojnie, gdy tylko Stany Zjednoczone były w stanie udzielić zrujnowanej Europie gospodarczej pomocy, a następnie poprzez utworzenie sojuszu NATO obronić nasz kontynent przed sowiecką komunistyczną agresją i totalitarnym zniewoleniem.
Ukraina broni także Europy. Odbudowanie imperium sowieckiego w nowym wydaniu i w oparciu o wielkorosyjski nacjonalizm i antyliberalną, nienawistną wobec wolności i demokracji ideologię, którą głosi Putin oraz nacjonaliści zarówno w Europie, jak i w wielu innych miejscach – w tym w Polsce, a także w USA (zwolennicy Trumpa, kary śmierci za aborcję, wszelkiego typu rasiści i szowiniści) – jest wymierzone w Unię Europejską. Największymi wrogami Unii obok Putina są finansowane przez niego nacjonalistyczne ugrupowania w Europie, między innymi p. Le Pen i włoscy neofaszyści, Orban i jego wierny sojusznik PiS. Agentura rosyjska w Polsce ma twarz ugrupowań nacjonalistycznych, wyznających fanatyczny, polityczny, pełen wrogości do wolności, demokracji i nauki katolicyzm. Wszelkiego rodzaju ugrupowania deklarujące wrogość do Unii i opozycji demokratycznej w Polsce, różnego rodzaju rycerze obwieszeni ryngrafami, krzyżami, narodowymi symbolami są albo nieświadomymi, albo w pełni świadomymi i finansowanymi przez Putina bojówkarzami. Cała ta menażeria korzystająca z życzliwości polskiego kościoła, kokietowana i hołubiona przez p. Rydzyka, jest politycznym sojusznikiem i zapleczem bojówkarskim PiS-u. Organizacje typu ordo juris, rzecznicy zniewolenia kobiet poprzez całkowity i bezwarunkowy zakaz aborcji, „patrioci” podsycający nienawiść do Ukraińców są z punktu widzenia Putina pożytecznymi idiotami (jak kiedyś dla Lenina wielu zachodnich intelektualistów i polityków), albo bezpośrednio finansowani przez moskiewskiego satrapę, o czym co jakiś czas dowiadujemy się z mediów. Z punktu widzenia Polski, wolności i demokracji, wychodzi na jedno. Jak kiedyś podczas dyskusji w podziemiu, gdy spieraliśmy się, czy ktoś jest wariatem czy agentem, mój brat Marek (3,5 roku więzienia za przynależność do podziemnej antykomunistycznej organizacji Ruch, później w ROPCiO i NSZZ Solidarność) przytomnie zauważył – na jedno wychodzi.
Pisowcy zakończyli swój absurdalny przekop Mierzei Wiślanej, nazwany trafnie „rowem prezesa” (nie chcę przytaczać innych, nie bardzo nadających się do powtórzenia – chociaż dowcipnych – określeń). Nie ma ten rów żadnego znaczenia, a jeśli już to negatywne, jak np. degradacja przyrody na całej mierzei. Niszczenie i dewastowanie środowiska oraz naturalnych ekosystemów to specjalność tego reżimu, zwierzęta i rośliny nie głosują, a ich obrońców jest ciągle zbyt mało. Trwa rzeź wielu gatunków i wycinka lasów, aby kolejne pisowskie pociotki i lizusy mogły dołączyć do licznej grupy milionerów „dobrej zmiany”. Ktoś wyliczył, że finansowo ta inwestycja zwróci się za tysiąc lat. Żadne większe statki nie mogą przez płytki i wąski rów przepływać, a mam nadzieję, że żaden samorząd Elbląga nie zgodzi się na finansowanie ostatnich 800 metrów tego operetkowego i zbędnego toru wodnego.
Twierdzenie p. Dudy, że dzięki tej inwestycji odzyskaliśmy w pełni suwerenność i że jest to największe osiągnięcie na polu walki o suwerenność Polski, zasługuje na umieszczenie w księdze rekordów Guinnessa. W kategorii – bzdury roku. Ale uważam, że pisowcy mają swoją szansę. Zamiast stękać o suwerenności i zadowalać się ochłapami w postaci płytkiego rowu powinni sięgnąć po to, co nam się po prostu należy (jak słusznie powiedziała kiedyś intelektualistka i elegantka p. Szydło) i wkroczyć do Kaliningradu oraz zająć przynależną nam część Prus Wschodnich. Odpowiednie rozkazy powinni wydać zwierzchnicy sił zbrojnych, czyli pp. Duda i Błaszczak. Cała operacja nie trwałaby długo, biorąc pod uwagę siłę i nowoczesność naszej wspaniale dozbrojonej przez Macierewicza i Błaszczaka armii.
Na ogół staram się nie komentować przejawów aktywności publicznej p. Dudy z wielu powodów, głównie estetycznych, ale przekroczył pewną granicę dobrego smaku wręczając najwyższy polski order p. Macierewiczowi. Zrobił to w momencie, gdy media ujawniły, że komisja smoleńska kierowana przez Macierewicza dopuściła się ordynarnych fałszerstw, prezentując wybrane fragmenty raportu amerykańskich specjalistów, co miało na celu przedstawienie opinii publicznej kłamstwa, jakoby samolot został rozerwany w powietrzu w wyniku wybuchów. Nagradzanie człowieka, który z kłamstwa i podłości uczynił – przynajmniej od katastrofy smoleńskiej – rację swojego istnienia w życiu publicznym, jest hańbą i kolejną kompromitacją p. Dudy. Ten czyn nie ma żadnego usprawiedliwienia i po raz kolejny pokazuje, kim jest p. Duda (ostrzegam przed jakimikolwiek złudzeniami co do postępowania tego pana). Sam odmówiłem kilka lat temu przyjęcia od niego orderu wolności i solidarności, gdyż nie uważam go za godnego, by wręczać mi cokolwiek.



















