A zatem rząd przyznaje się do błędu. W przeciwieństwie do NBP, który ustami swojego prezesa przekonuje nas, że pomimo dawno niewidzianego poziomu wzrostu inflacji, wszystko w działalności banku centralnego było i jest w porządku. Nie będę już pastwił się nad konferencjami Adama Glapińskiego, ale skoro na każdej mamy sporą część poświęconą nieomylności i jego samego i instytucji, którą reprezentuje, to znaczy, że jest chyba jakiś problem. Cały czas uważam, że Rada Polityki Pieniężnej spóźniła się z podwyżkami. Ktoś inny może mieć inne zdanie, problem w tym, że rozstrzygnięcie tego dylematu nie jest łatwe, bo de facto oznaczałoby tworzenie równoległej rzeczywistości. Innymi słowy, żeby przeciętny Kowalski zobaczył wprost ewentualne błędy trzeba by było cofnąć się o rok, podnosić stopy na przykład od kwietnia i zobaczyć, jaki to ma wpływ na inflację wobec sytuacji, w której stopy zaczęły być podnoszone w październiku, czyli tak, jak faktycznie zdecydowała RPP. W przypadku „Polskiego Ładu” sprawa jest jasna: mamy bajzel, wszyscy go widzą, sporej części społeczeństwa fizycznie dotyczy, bo na przykład oznacza mniej pieniędzy na kontach. Dlatego udawanie, że nic się nie stało po prostu nie przejdzie. I stąd takie, a nie inne zachowanie rządu. Tymczasem wobec trudności z jednoznacznym udowodnieniem błędów w polityce monetarnej NBP, z Glapińskim na czele, może cały czas utrzymywać tezę o nieomylności.
No to jeszcze słowo o wspomnianej już inflacji. Otóż w styczniu znowu wzrosła i osiągnęła poziom 9,2% w ujęciu rocznym. Warto odnotować potężny przyrost miesięczny, bo aż o 1,9%. Tak źle nie było od ćwierćwiecza. Byłoby znacznie gorzej, gdyby nie pierwsza tarcza antyinflacyjna. W lutym dojdzie jeszcze efekt drugiej, czyli głównie obniżenia VAT na część produktów żywnościowych z 5% do 0%. Gdyby nie to, moim zdaniem jak nic bylibyśmy na poziomie dwucyfrowym. Ale, jak już pisałem, wciąż ryzyko przekroczenia 10% istnieje, choć dzięki tarczom jest mniejsze niż bez ich wprowadzenia.



















