To nie są zwyczajne, czasami nawet nudne (jak to w systemach demokratycznych) wybory. To nie są takie wybory jak dotychczas (z pewnym wyjątkiem w roku 1919), które odbywały się w naszym kraju. To są wybory o wszystko, decyduje się przyszłość w tym sensie, czy Polska będzie krajem wolnym czy zniewolonym, demokratycznym czy autorytarnym. Jak trafnie powiedział Donald Tusk w rocznicę Porozumień Sierpniowych w Gdańsku, tu nie chodzi o dyskusje programowe, o wymianę poglądów. Jak przegramy, to nie będzie żadnych dyskusji, ale jeden obowiązujący pogląd, na straży którego będzie stała policja polityczna, narodowe media i „rycerze” Tadeusza Rydzyka.
Polska już przestała być krajem demokratycznym takim jak kraje Europy Zachodniej. W Jałcie odpadliśmy od Zachodu, wydawało się, że na zawsze, a okazało się, że „tylko” na 45 lat. Powróciliśmy w 1989 roku i wydawało się, że tym razem to już na zawsze, a symbolem tej przynależności jest nasze członkostwo w Unii Europejskiej. Okazało się, że gwarancje NATO mogą zależeć od jednego człowieka, a pisowski idol i nadzieja na zasiadanie w Białym Domu, p. Trump, wielokrotnie powtarzał, że artykuł 5 Paktu Północnoatlantyckiego wcale nie musi oznaczać gwarancji wojskowych, a w ogóle to wszystko zależy od tego, czy będziemy płacić za zbrojenia i nie tylko, bo America first. Gdyby ten nie do końca poczytalny człowiek wygrał wybory – wierzę w mądrość Amerykanów, że tak się nie stanie – to byłby to największy tryumf Rosji po II wojnie światowej i wiara w odbudowanie imperium świętej Rosji.
Rządzący w Warszawie komuniści za głównego wroga uważali Zachód, czyli Unię Europejską. Dziś pisowski reżim za głównego wroga – z czym się nie kryje i co wielokrotnie powtarzał – uważa nie rosyjski szowinizm i wielkomocarstwowy nacjonalizm, ale właśnie Unię. Ta wrogość do Zachodu powoduje istnienie wyraźnej wspólnoty pomiędzy reżimem Putina a nacjonalistami w Warszawie i w innych miastach Europy. Różne mniej lub bardziej symboliczne gesty wrogości i napięcia między pisowcami i Putinem nie mają znaczenia, są na pokaz, na użytek wewnętrzny. Putin nigdy nie potępił pisowskiego reżimu, podobnie jak skorumpowanego do szpiku kości władztwa Orbana, a miłość pomiędzy pisowcami i kliką Orbana (dwa bratanki, Budapeszt w Warszawie itp.) kwitnie w najlepsze. Niszczenie Unii jest celem numer jeden zarówno Putina, jak i europejskich nacjonalistów. Temu służyło spotkanie proputinowskich, nacjonalistycznych, faszyzujących polityków w Warszawie, a także aktywny udział p. Morawieckiego w popieraniu nacjonalistów we Włoszech, Hiszpanii, Francji i innych krajach.
Wybory w Polsce są moim zdaniem ostatnią szansą na zatrzymanie Polski w Unii i tym samym zatrzymanie naszej przynależności do Zachodu. Okazuje się, że jest dużo prawdy w twierdzeniach, że nasze klęski rozbiorów i nieudanych powstań to nie tylko wina złych sąsiadów, skoro 26 lat po wyjściu z komunistycznego zniewolenia zafundowaliśmy sobie koszmar nacjonalistycznego reżimu, równie jak tamten podłego. Dlatego tak bardzo aktualnie brzmią żądania strajkujących w 1980 roku stoczniowców, spisane w postaci słynnych 21 postulatów sierpniowych, zwłaszcza podwyżka uposażeń dla najmniej zarabiających do poziomu inflacji, usprawnienie służby zdrowia, zniesienie cenzury (wystarczy włączyć sobie reżimową szczujnię, żeby zobaczyć, że cenzura jest czasami gorsza niż w PRL), uzależnienie zajmowanych stanowisk i awansów od wykształcenia, pracowitości i zdolności, a nie od partyjnej przynależności i lizusostwa. Tak samo wówczas rządząca partia podporządkowała sobie instytucje, które na mocy Konstytucji są niezależne, takie jak: prokuratury, policja, wojsko, sądy, bank centralny, media. „Rządzący przez dwie kadencje część istotnie sobie podporządkowali. Gdyby przyszło pisowcom rządzić przez jeszcze jedną, podporządkują sobie resztę. Samorządy zawodowe (m. in. adwokacki, lekarski, sędziowski). Pisowska propaganda stara się społeczeństwu je obrzydzić. Nazywa je korporacjami, kastami lub mafiami. Taka filozofia państwa nie jest niczym nowym. Obowiązywała w PRL, a nazywała się centralizmem demokratycznym, odnosiła się nie do zwykłej demokracji, a do demokracji socjalistycznej”. (Jan Widacki, „Pisowski centralizm demokratyczny”, „Przegląd”, 21-27.08.2023 r.).
Brak jakichkolwiek argumentów, programu, pomysłów, elementarnej logiki zastępuje coraz bardziej nieprzytomna nagonka na Tuska, który staje się symbolem wszelkiego zła. Jest też w przedziwny sposób sprawny i zdolny do zawierania najbardziej dziwacznych sojuszy, byle zaszkodzić Polsce. Jest jednocześnie agentem Merkel i Putina, wysługuje się Unii, ale też sprowadza do Europy i Polski uchodźców, którzy Unię podkopują i osłabiają. Jest nieudolny i nic nie może, a jednocześnie od niego zależy, że Polska nie dostaje unijnych funduszy, że jest składowiskiem śmieci. Rosja napadła na Ukrainę, bo namówił do tego Putina. Przez niego też Niemcy nie płacą reparacji. Dlatego pozostałe jeszcze resztki biedy w Polsce to wina Tuska. To wszystko bardzo przypomina styl i argumentację propagandy stalinowskiej. Tam oskarżani w procesach politycznych przeciwnicy władzy ludowej byli żołnierzami AK i jednocześnie agentami gestapo. To jest być może argumentem na rzecz tezy, że pisowcy jednak będą chcieli wygrać przy urnach wyborczych, licząc na możliwości finansowe i organizacyjne policyjnego państwa oraz agresywną propagandę, a nie po prostu nie uznają wyborczej porażki w stylu Łukaszenki. Jedno zresztą nie wyklucza drugiego. Jeśli nawet w dniu wyborów na podstawie napływających wyników zorientują się, że przegrają, możliwe będą awaryjne siłowe rozwiązania.
Obok szczucia na Tuska ma miejsce równie brutalne i nieliczące się z niczym szczucie na Romana Giertycha. Musiało bardzo zaboleć pisowców to, że Giertych znalazł się na listach KO i ma olbrzymią szansę znaleźć się w Sejmie. Na tym tle nagonka na Michała Kołodziejczaka to już – jak to się kiedyś mówiło – małe piwo. Te ataki są bardzo podobne do propagandy stalinowskiej także pod względem pewnej sprzeczności, z jednej strony obiekty nagonki są nic nieznaczącymi, marginalnymi, przegranymi i skompromitowanymi ludźmi, z drugiej ciągle o nich mówią reżimowe szczekaczki. Teraz widać w narodowej telewizji, z jaką wyższością lizusy pisowskiego reżimu nie zwracają uwagi na „nieudaczników i miernoty”, jak Tusk czy Giertych, z drugiej strony nie potrafią o nich nie mówić. To jeszcze jeden dowód strachu i paniki w obozie „dobrej zmiany”, w narodowych mediach, wśród kryształowo uczciwych, najwspanialszych pod słońcem patriotów i niezłomnych katolików.
Byłoby dobrze, aby po stronie demokratycznej opozycji zwyciężyło elementarne przekonanie, że nie ma wroga po naszej stronie, że wrogiem jest tylko PiS i jego klon, przybudówka, wspólnik, czy jak ją nazwać – Konfederacja. Na szczęście ta grupa nacjonalistów i ludzi, delikatnie mówiąc nie do końca będących w zgodzie z logiką dwuwartościową i odkryciami nauki (jak wiadomo posiadanie mózgu nie gwarantuje sukcesu w toku ewolucji, gdyż meduza żyje na ziemi ok. 200 milionów lat, a mózgu nie wykształciła), powoli traci poparcie i najwyraźniej się wystrzelała. Objawami pisowskiej paniki jest też pojawianie się sondaży, w których do sejmu wchodzą tylko PiS, KO i w niewielkim procencie Konfederacja, co oznacza konstytucyjną większość dla pisowców. Tylko pogratulować sondażowniom, które realizują pisowska politykę zniechęcania, braku wszelkiej nadziei, rezygnacji i kapitulacji. I byłoby dobrze, aby politycy demokratycznej opozycji nie biegali do szczujni. Czy to takie trudne? Oni jednak potrafią nie chodzić do mediów, których nie kontrolują. Odpłaćmy im tym samym. Na bramach piekła Dantego palił się napis – porzućcie wszelką nadzieję. To jest hasło i propozycja PiS-u dla demokracji w Polsce, a więc także dla Polski. Niedoczekanie.




















