Pod koniec pierwszego półrocza 2018 roku oczekiwania amerykańskich ekonomistów, analityków i, co być może najważniejsze, inwestorów były jasne: czekają nas jeszcze cztery podwyżki stóp procentowych po 25 punktów bazowych, dokonanych przez amerykański bank centralny. Czyli FED. W sumie miał to być zatem jeden punkt procentowy. Mieliśmy dojść do poziomu 3 procent, najwyższego od 2008 roku, czyli od wielkiego kryzysu. To właśnie wtedy FED zaczął ciąć stopy, żeby złagodzić najpierw hamowanie gospodarki, a potem uderzenie recesji. Niższe stopy procentowe banku centralnego to tańszy kredyt i niższe oprocentowanie lokat. A to sprzyja wzrostowi konsumpcji i inwestycji. Niskie stopy przekładają się także na relatywnie niższą rentowność obligacji skarbowych. Czyli państwa mogą taniej pożyczać pieniądze. A to też było szalenie istotne w dobie walki z kryzysem, w dużej mierze finansowanej właśnie długiem państwowym. A zatem FED ciął. I doszedł do bezprecedensowego poziomu 0,25% pod koniec 2008 roku. Z 5,25%, które mieliśmy jeszcze w październiku 2007. I równie bezprecedensowo utrzymywał ten poziom prawie do końca 2015 roku. Potem zaczął się cykl podwyżek obserwowany do teraz.
Wzrost stóp interpretowaliśmy oczywiście jako powrót do normalności. Gospodarka się rozwija, rośnie konsumpcja, rosną inwestycje, zaczyna występować presja inflacyjna, więc trzeba stabilizować makroekonomicznie cały organizm. Rzeczywiście inflacja zaczęła dobijać do 3% rok/rok, więc podwyżki były uzasadnione.
Tu jednak historia dochodzenia do normalności się kończy. A zaczyna się coś, czego nie oczekiwano. A mianowicie wojny handlowe. To głównie one doprowadziły do zmiany oczekiwań decydentów w amerykańskim banku centralnym. Jeśli sytuacja się zaogni, to świat zacznie hamować. A jak zacznie hamować, to będzie trzeba pomagać. Oczywiście skracam całą dość skomplikowaną analizę sytuacji, ale co do zasady to właśnie o to chodzi. W dodatku presja inflacyjna się zmniejszyła, głównie po części w związku z obawą o spowolnienie, a po części na skutek stabilizacji cen nośników energii. Owszem, jakieś tam ruchy cen ropy w górę były, głównie za sprawą kryzysu irańskiego, ale trudno tu mówić o szokująco wysokich poziomach.
No i z FEDu poszedł sygnał, który można interpretować następująco: nie wiemy, co będzie, bo wiele będzie zależało na przykład od tego, czy USA dogadają się z Chinami w kwestiach handlowych, ale jakby co, to jesteśmy gotowi działać. Czyli nie dość, że na razie żadnych podwyżek stóp nie planujemy, to możemy nawet zacząć je ciąć, jeśli będzie taka potrzeba. Przypomnę: w połowie 2018 rynek oczekiwał czterech podwyżek, tyle było „w cenach”, zrealizowano tylko dwie.
Co z tego wszystkiego wynika? Ano na przykład to, że FED na poważnie rozważa jakieś poważniejsze hamowanie na świecie. A w każdym razie zagrożenie takim hamowaniem jest na tyle duże, że wycofuje się z planowanych wcześniej podwyżek. Oczywiście banki centralne reagują na to, co się dzieje na bieżąco, cały czas analizują sytuację i dopasowują się do realiów. A zatem taki plan podwyżek nie jest sztywny, to jasne, ale skoro padały słowa, które sugerowały jakiś scenariusz, to w warunkach amerykańskich jest to twarda zapowiedź działań. Skoro nie są one realizowane, to znaczy, że FED jest jednak trochę zaskoczony rozwojem sytuacji.
Znacznie ciekawszy jest jednak kontekst polski. Nasz bank centralny od dłuższego czasu sukcesywnie twierdzi, ustami swojego prezesa, że na razie nie przewiduje zmian w polityce monetarnej. Czyli nie będzie ruszał stóp. Oczywiście prezes zawsze dodaje, że taką tezę stawia na bazie dzisiejszych analiz. I trudno się z nim nie zgodzić. „Rynek” oczekiwał zatem, że najbliższe podwyżki będą najwcześniej pod koniec roku 2020. Wskazywaliśmy jednak parę zagrożeń, które mogą przyspieszyć decyzję. Głównie chodzi tu o rosnące koszty pracy, które mogą w końcu doprowadzić do wzrostu inflacji. Ona rzeczywiście wzrosła w ostatnich miesiącach dość znacznie, ale wciąż jest na poziomie absolutnie bezpiecznym. No i teraz pojawia się kontekst USA. Otóż, jeśli faktycznie w Stanach doszłoby do obniżek stóp, to pojawiłby się kolejny czynnik istotny do oceny sytuacji w Polsce. Może nie bezpośrednio w kontekście inflacji w naszym kraju, ale już na przykład kursu złotego na pewno. A czy wyraźny wzrost wartości złotego, do którego mogłoby dojść na skutek obniżek stóp w USA, nie byłby ważnym czynnikiem hamującym wzrost stóp w Polsce? A może trzeba by je było wręcz z tego powodu obniżyć?
Nie twierdzę, że to najbardziej prawdopodobny scenariusz. Tak nie jest. Ale na tym przykładzie widać, jak wiele może się zmienić w stosunkowo krótkim czasie i jak mogą się zmienić oczekiwania, co do przyszłości. O ile rok temu braliśmy pod uwagę głównie opcję drożejących kredytów w perspektywie najbliższych dwóch – trzech lat, to teraz wcale już nie jest to takie pewne. A to coś, co z pewnością gospodarce pomaga. Choć negatywne skutki przyczyn takiego stanu rzeczy, czyli intensyfikacja wojen handlowych, także by do nas dotarły.
Stopy w górę, stopy w dół?
REKLAMA
REKLAMA




















