Szef NBP wciąż twierdzi, że głównym powodem wzrostu inflacji jest zbieg zewnętrznych czynników, na czele ze wzrostem cen nośników energii. Czyli, że nie byłoby żadnego problemu, gdyby nie to. No dobrze, to jak w takim razie wytłumaczy mocny wzrost tej inflacji bazowej, w której cen nośników energii i cen żywności nie uwzględniamy? To jak wytłumaczyć wzrost inflacji do prawie 5% na początku zeszłego roku? Już wtedy moim zdaniem byłoby gorzej, ale przyszła pandemia i załamała konsumpcję oraz wiele rynków, na czele z surowcowym. Pisałem o tym wielokrotnie, więc nie będę się powtarzał. Inflacja w Polsce to nie tylko czynniki zewnętrzne. Co ciekawe, wreszcie po długich miesiącach negowania tego faktu przyjął to także do wiadomości prezes NBP. I oznajmił to właśnie na ostatniej konferencji prasowej. Z tym, że jeśli dobrze rozumiem jego intencje, to co prawda te czynniki są, ale nie są istotne.
A propos analityków i ekonomistów. Poprzednio słyszeliśmy z ust Glapińskiego, że jak ktoś ma inne zdanie niż RPP – to znaczy RPP z wyjątkami, nie wszyscy w Radzie podzielają zdanie prezesa NBP – to lobbyści, malkontenci i cwaniacy. A teraz usłyszeliśmy, że teza o spóźnieniu Rady w kwestii rozpoczęcia podwyżek stóp to publicystyka. Może i tak, ale jednak oparta na przesłankach merytorycznych.
No właśnie, merytoryka. Tu mieliśmy także sporo niejasności. Glapiński powiedział na przykład, że Czechy i Węgry zaczęły podnosić stopy wcześniej niż my – czyli jeszcze w pierwszym półroczu 2021 – a i tak mają wzrost inflacji. Ale za chwilę dowiedzieliśmy się, że efekty podwyżek dokonanych przez RPP przyjdą za dwa, trzy kwartały. No to jak to jest w końcu? Jakim cudem u naszych braci z południa te efekty miały przyjść szybciej niż u nas? Tak na marginesie oczywiście prawdą jest, że efekty zmian stóp ujawniają się w perspektywie dwóch, trzech kwartałów.



















