W połowie zeszłego tygodnia poznaliśmy kolejny pakiet działań, które mają pomóc polskiej gospodarce w obliczu problemów wywołanych pandemią koronawirusa. I wreszcie są to działania, na które większość przedsiębiorców czekała.
Wspólna konferencja prasowa Mateusza Morawieckiego, premiera rządu, i Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego, przyniosła w końcu plan, o który postulowaliśmy od pięciu tygodni. Mamy oto szeroki program ratowania płynności w firmach. W sumie ma to być 100 mld złotych przekazane w formie gotówki przedsiębiorstwom. Sam mechanizm pozyskania środków znany jest od dawna i używany choćby w USA, czy w strefie euro w związku z kryzysem 2008 – 2009, czy też, w przypadku strefy euro, z kryzysem 2012 – 2013.
W naszym przypadku faktycznym operatorem, czyli dystrybutorem środków, będzie Polski Fundusz Rozwoju. Wyemituje on obligacje, a pieniądze pozyskane w ten sposób będą finansowały cały program. Oczywiście zrobi to, mając gwarancje rządowe. Pojawienie się pośrednika w postaci PFR związane jest zapewne z polskim prawem, które jak się wydaje, pozwoli rządowi nie wpisywać wygenerowanego długu formalnie w dług publiczny. Podobne zabiegi swego czasu stosowała koalicja PO – PSL w obliczu wzrostu zadłużenia w związku z kryzysem 2008 – 2009. To działanie czysto księgowe i PR-owskie. Z punktu widzenia inwestorów i Komisji Europejskiej będzie to jednak normalne zwiększenie zadłużenia. Ale innej drogi nie ma. Jaka będzie dokładnie docelowo skala wzrostu długu trudno powiedzieć, ponieważ z pewnością nie wszystkie pożyczki udzielone firmom będą na końcu umorzone. Plan jest taki, żeby umarzać tym, którzy w najbliższych latach, prawdopodobnie trzech, nie będą zwalniać pracowników. Szczegóły planu mogą się jeszcze zmienić, ale nawet jeśli umorzenia wyglądałyby inaczej, niż pierwsze propozycje, to i tak kierunek przyjęty przez rząd uważam za słuszny. Analizę, komu dokładnie darować pożyczkę, a komu nie, możemy przeprowadzać za kilka miesięcy, a może kilka kwartałów, kiedy będziemy w stanie dokładniej ocenić to, co się dzisiaj dzieje. I skutki tych zmian.
Obligacje emitowane przez PFR będzie mógł kupować Narodowy Bank Polski, dokładnie tak samo, jak obligacje skarbowe. Czyli nastąpi wzrost podaży pieniądza. Można oczekiwać, że nawet o około 7-8% PKB, czyli niewiele mniej, niż w przypadku działań w Stanach Zjednoczonych po kryzysie 2008 – 2009. Mam tu na myśli „dodruk” wynikający nie tylko z zapowiedzianego dzisiaj programu, ale także wcześniejsze plany NBP. Skala działań jest zatem olbrzymia. Ale moim zdaniem, to jedyny słuszny kierunek.
Teraz najważniejsze jest to, żeby ten program szybko uruchomić i żeby był rzeczywiście łatwo dostępny dla przedsiębiorstw. Nie wiemy, czy tak będzie, a to jest kluczem. Program już jest opóźniony przynajmniej o miesiąc. Konieczność jego przeprowadzenia zgłaszaliśmy, jak już pisałem, ponad miesiąc temu. Także na łamach „Temi”. W tym czasie wiele firm upadło lub zwolniło pracowników. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego emisje obligacji mają ruszyć dopiero około 20 kwietnia. Technicznie przygotowanie takiej operacji to jeden dzień. Skąd ta zwłoka? W tej sytuacji nie jest pewne, czy pieniądze do firm trafią przed Majówką.
Koszty? Oczywiście będą. Normalnie złoty po takiej zapowiedzi i w trakcie realizacji programu powinien ostro się osłabić. Będzie jednak zapewne inaczej, nie jesteśmy jedynym państwem, które planuje niestandardowe działania, czyli na przykład „druk” pieniędzy. Ale jakiś spadek wartości możemy jeszcze zobaczyć. W przyszłości będziemy musieli walczyć z presją inflacyjną, wygenerowaną zwiększoną podażą pieniądza. To jasne. Kiedy jednak ten impuls się zacznie, trudno dzisiaj wyrokować. W każdym razie konsekwencje tych działań, potrzebnych – jeszcze raz to powtórzę, będziemy odczuwać znacznie dłużej, niż kilka kwartałów. Konieczna będzie zatem twarda postawa i ze strony rządu, ograniczenia w wydatkach budżetowych, i ze strony NBP, ściąganie „wydrukowanych” teraz środków z rynku.
I jeszcze jedna uwaga. Gdybyśmy w ostatnich sześciu latach ograniczali nasz dług w stosunku do PKB tak szybko jak Czesi, o Niemcach pisałem ostatnio, to moglibyśmy się w tej chwili normalnie, bez aktywności NBP, zadłużyć na przynajmniej 50-60 mld złotych, i efekt w postaci wskaźnika dług/PKB byłby taki sam. Nie trzeba by było „drukować” tylu pieniędzy. Ze społecznymi efektami wzrostu gospodarki, o czym też pisałem, dzielić się trzeba, ale w ostatnim czasie panowała jednak w Polsce polityka zbyt agresywnego rozdawnictwa…




















