Wyjdą czy nie wyjdą?

0
Marek Zuber
REKLAMA

Z jednym nie można się nie zgodzić: decyzja Brytyjczyków, dotycząca pozostania lub nie w Unii Europejskiej, będzie miała znaczenie dla wielu innych krajów. I dla samej Unii. Jednak w kwestii siły tego wpływu pojawia się wiele znaków zapytania. Osobiście nie zgadzam się z wieszczeniem jakiegoś totalnego kataklizmu na wzór tego, co działo się w roku 2008. A takie tezy usłyszałem w zeszłym tygodniu. Z całym szacunkiem, ale jednak ewentualne „nie” dla Unii trudno porównać z globalnym kryzysem. Kryzysem, który załamał system finansowy de facto połowy świata, a na drugą połowę wpłynął w sposób zasadniczy. Skąd pomysł, że tu oddziaływanie może być aż tak rozległe?
Problem polega oczywiście na tym, że nigdy nie przerabialiśmy opuszczenia przez jakiś kraj Unii, a zatem idziemy w niewiadome. Niewiadome tak, jednak scenariusz pesymistyczny, ale oparty na jakiś logicznych założeniach, nie musi nas kierować w stronę rozpadu całej Unii. Reformy, zmiany, zdefiniowanie całej struktury na nowo – na pewno. Ale dlaczego od razu rozpad? Wyspiarze od początku byli w Unii na specyficznych zasadach. Korzystali z wielu przywilejów. Nie zdecydowali się na przyjęcie euro. W przypadku innych krajów trudno o taką analogię.
Nie wiem, jaki będzie wynik referendum. Mam jednak nadzieję, że bez względu na ten wynik UE będzie się reformować w kierunku, o którym mówił premier Cameron. Nie dlatego, że lubię Camerona, ale dlatego, że nie ma innej opcji. Ograniczenie biurokracji, zwiększenie konkurencyjności, przerzucenie środków bardziej na tworzenie gospodarki opartej na wiedzy to jedyna szansa na to, żeby Europa za trzydzieści lat liczyła się na świecie. Żeby nie była już tylko bogatym w sensie wartości majątku, a nie wartości tworzonych dóbr i usług skansenem.
Nie ulega jednak wątpliwości, że ewentualne „nie” dla Unii w krótkim okresie spowoduje totalne zamieszanie. Nie tylko dlatego, że wchodzimy na obszar, którego nie znamy. Także dlatego, że pół roku temu nikt takiego scenariusza nie zakładał. Oczywiście Wielka Brytania może wyjść z Unii, ale funkcjonować na takiej zasadzie jak choćby Norwegia. Czy będzie to katastrofa? Z pewnością nie. Ale w krótkim okresie przeważy psychologia, czyli strach. Podsycany jeszcze przez spekulantów. Przecież dla nich takie wydarzenie to prawdziwa gratka. Olbrzymia zmienność kursów akcji, rentowności obligacji czy kursów walutowych to szansa na to, żeby zarobić. I szansę tę z pewnością będą chcieli wykorzystać.
To, co się wydarzy w średnim i długim terminie, będzie zależało od polityków. Wyobrażam sobie konstytutywne decyzje, zbudowanie wiarygodnej wizji Unii bez Wielkiej Brytanii. Nie twierdzę, że będzie to łatwe. Ale na pewno możliwe. Tym bardziej że decyzja Brytyjczyków powinna być impulsem do myślenia. Czy biurokratów unijnych stać na refleksję? To jest tak naprawdę pytanie, które trzeba sobie postawić. A odpowiedź na nie jest kluczowa dla budowania scenariuszy na dłużej niż kilka miesięcy.
Czy zatem ewentualny Brexit to rzeczywiście nowy Armagedon? Jak już napisałem, moim zdaniem, na dzisiaj jest to wersja najmniej prawdopodobna. Choć, powtórzę, w krótkim terminie z pewnością na rynkach dojdzie w takiej sytuacji do turbulencji.
Tak czy inaczej, bez względu na to, co powiedzą Brytyjczycy, Unia musi się reformować. To jedyny, naprawdę jedyny, kierunek.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze