
Dzień osiemdziesiąty piąty: znachor potrzebny od zaraz
Osławione teleporady medyczne, czyli nowy sposób diagnozowania i leczenia ludzi w czasach zarazy, robią już karierę w reklamie. Od pewnego czasu telewizja puszcza spot reklamowy dotyczący pewnego syropu dla dzieci. W zaaranżowanej scence lekarz pediatra zapytuje rodziców chorego dziecka – oczywiście przez telefon – czy dzieciak ma kaszel suchy, czy mokry. Mama i tata, słysząc to pytanie, mają oczy okrągłe ze zdziwienia, z zakłopotania rwą włosy z głowy, tak, jakby doktor chciał uzyskać informacje o aktualnej sytuacji w kosmosie. Mama i tata z reklamy nie odróżniają kaszlu suchego od mokrego, są zupełnie bezradni wobec tego problemu. Reklamodawca nie bez powodu z mamy, taty oraz publiki robi kretynów; chce wyraźnie zaakcentować, że w dobie teleporad lekarskich dysponuje medykamentem skutecznym w każdej sytuacji, nawet wtedy, gdy dokładnie nie wiemy, na co możemy być chorzy. A o taką wiedzę coraz trudniej.
Żarty żartami, ale na sprawę teleporad zareagował już sam minister zdrowia, gdyż dotarły do niego sygnały o pogłębiającej się niewydolności publicznej służby zdrowia. Zaniepokoiły go informacje o pacjentach godzinami oczekujących na kontakt telefoniczny z rejestracją w przychodniach i o marnych możliwościach umówienia się na wizytę u lekarza. Dlatego każdy, kto ma kaszel, jakikolwiek, niech szuka cudownego syropu, dla którego nie ma to większego znaczenia. W dobie teleporad leki, które na wszelki wypadek pomagają na wszystko, będą w coraz większej cenie. Prowincjonalni znachorzy też.
Dzień osiemdziesiąty szósty: spisek, wielki spisek…
Nie wiadomo, jaka jest liczna grupa ludzi – w Tarnowie, Polsce czy na świecie – która nie wierzy w koronawirusa. Być może kieruje się znanym na ogół przesłaniem, z którego wynika, że jeśli czegoś nie widać, to znaczy, że tego nie ma. Grupa ta wierzy w wielki międzynarodowy spisek światowego żydostwa, masonerii, polityków, różnych koncernów i Bóg wie, kogo jeszcze, którzy wymyślili całą rzecz dla osiągnięcia własnych niecnych celów. W spisku tym miałyby brać też udział miliony lekarzy na całym świecie, wirusolodzy, naukowcy i zapewne także firmy pogrzebowe.
W Warszawie spotkała się na ulicy właśnie taka grupka osób, która nie wierzy w covid-19. Demonstrowała swoje poglądy, podkreślając, że mamy do czynienia z bardzo wyrafinowanym światowym spiskiem. Dom opieki społecznej w Nowym Sączu, w którym zapanowała zaraza, przeprowadził pewien eksperyment. Zwrócił się z apelem do ludzi niewierzących w wirusa, aby przyszli z pomocą placówce, jej chorującym podopiecznym i zatrudnionej tam kadrze. Bo skoro – ich zdaniem – koronawirus został tylko sprytnie wymyślony, nie powinni się go bać. Do pomocy nie zgłosił się nikt.
Dzień osiemdziesiąty siódmy: historia jednego szczepienia
W gronie czterech osób rozmawiamy o szczepionce przeciwko covid-19. Jedna z nich pyta, kto się zaszczepi, jeśli taki lek zostanie już dopuszczony do użytku. Okazuje się, że tylko ja. Zastrzegam się jednak, że ostateczną decyzję podejmę dopiero wtedy, gdy będzie więcej informacji na ten temat. Trzy inne osoby już teraz nie mają wątpliwości: nie zaszczepimy się za żadne skarby!
Kilka dni później moi polemiści zyskują cenny argument: jedna ze światowych wytwórni prowadzących badania nad szczepionką przeciw SARS-CoV-2 powiadomiła o natychmiastowym wstrzymaniu nad nią prac po otrzymaniu informacji o niewyjaśnionej chorobie u jednego z uczestników testów klinicznych. Na razie nie wiadomo, czy choroba ta ma związek z testami.
Na pewno wątpliwości dotyczące szczepionek będą teraz jeszcze bardziej mnożone. Wątpliwości zawsze trzeba mieć, to prawda, ale nie można popadać w skrajności. Przecież wiadomo od zawsze, że poważnych powikłań można nabawić się nawet po zażyciu pospolitej aspiryny.
Dobrych kilka lat temu, pracując jeszcze w innej redakcji, opisałem losy młodej dziewczyny z Tarnowa, która miesiącami zmagała się z powikłaniami po zaszczepieniu się przeciwko grypie. Była rozbita fizycznie i psychicznie, osłabiona, miała stany podgorączkowe, bóle głowy itp. Przeszła liczne badania, lekarze podejrzewali też chorobę nowotworową. W końcu jednak uznano, że objawy te wywołała szczepionka i – jak się wydaje – była to trafiona diagnoza. Nie znam dalszych losów tej dziewczyny, chyba wszystko skończyło się dobrze, podobno dziś pracuje jako stewardesa.
Takie przypadki się zdarzają i będą zdarzać. Każdy organizm reaguje inaczej na podane leki. Tylko że wymieniony powyżej przypadek tarnowianki w ujęciu procentowym należy do bardzo rzadkich, a więc ryzyko poważniejszych powikłań poszczepiennych jest bardzo małe.
W Gołdapi, na Warmii i Mazurach, pierwszy przypadek zakażenia koronawirusem. W ten sposób pada ostatni w Polsce powiatowy bastion obrony przed covid-19.























