Dzień sto pięćdziesiąty piąty: pierwsza rocznica głupstwa
W niedzielę byłem świadkiem dość typowej, jak na te czasy, sceny. W tarnowskim parku Piaskówka starsza pani spacerująca z pieskiem zwróciła uwagę młodemu małżeństwu z dzieckiem, że nie mają założonej maseczki ochronnej. Tym razem nie doszło do awantury, jak to już często bywało. Małżeństwo wyjaśniło starszej pani, że w parku nie trzeba zakładać maseczki, ale ona upierała się przy swoim.
Młodzi ludzie mieli rację – w parku czy w lesie można przebywać bez zasłoniętych ust i nosa. Minęła zresztą pierwsza rocznica chyba największego głupstwa związanego z wprowadzeniem pandemicznych obostrzeń. W kwietniu ubiegłego roku Lasy Państwowe na wniosek premiera wprowadziły zakaz wejścia do lasów, nawet w maseczce. Każdy, kto myślał racjonalnie, nie rozumiał sensu tego zakazu, ponieważ mało prawdopodobne wydawało się, że las wraz ze spacerowiczami jest groźnym rozsadnikiem koronawirusa. Obostrzenie utrzymało się przez ponad dwa tygodnie, a ja na pamiątkę trzymam zdjęcie z Lasów Wierzchosławickich, na którym widnieje opuszczony szlaban z informacją o zakazie wstępu. Moim zdaniem, to symboliczne zdjęcie.
W rankingu największych kontrowersji związanych z pandemią w Polsce na pierwszym miejscu umieściłbym jednak wspomniane maseczki. Wokół nich pojawiło się najwięcej nieporozumień, niejasności i emocji. Do dzisiaj trwa zażarta dyskusja na temat, czy zasłanianie części twarzy służy zwalczaniu epidemii, czy nie. W Polsce z powodu maseczek doszło już do kilku ostrych awantur, a nawet pobić, niektóre sprawy rozstrzygały sądy. W Tarnowie ogólnopolską sławę zyskała historyjka pewnego pana, który – jak przekazywano w niektórych mediach – jadł hot-doga, nie miał więc maseczki, i wtedy doszło do szarpaniny między nim i strażnikami miejskimi. Inną wersję wydarzeń przekazała w swoim oświadczeniu Straż Miejska.























