Wszystko wskazuje na to, że rządzący Polską politycy wracają do koncepcji jednego ośrodka nadzoru nad państwową częścią gospodarki. Powstaje ponownie ministerstwo skarbu, choć ze zmienioną nazwą. Co do celów jego funkcjonowania nie powinno ono istotnie różnić się od modelu, który obserwowaliśmy w naszym kraju przez ponad dwadzieścia pięć lat.
Ministerstwo Skarbu Państwa istniało w Polsce w zasadzie od 1990 roku, czyli zostało powołane już na początku zmian ustrojowych. W pierwszym okresie funkcjonowało ono pod nazwą Ministerstwo Przekształceń Własnościowych. I ta nazwa dość precyzyjnie oddawała jego zadania. Powołane było głównie do przeprowadzenia prywatyzacji. Potem zmieniono nazwę, ewaluowały także zadania. Głównie zajmowało się ono nadzorem nad przedsiębiorstwami należącymi do skarbu państwa. Prywatyzacja wciąż była jednym z celów, ale jej nasilenie było mniejsze. Po części wynikało to z faktu, że najcenniejsze kąski zostały sprzedane. W dodatku kolejne rządy różnie podchodziły do koncepcji sprzedaży tego, co zostało.
W 2016 roku, po dwudziestu sześciu latach rządzący zdecydowali, że ministerstwo skarbu nie jest potrzebne. Nie zgadzałem się z tą decyzją. Nie jestem zwolennikiem państwa będącego właścicielem przedsiębiorstw. Oczywiście są wyjątki. Potrafię sobie wyobrazić branże, które powinny, lub mogą być państwowe. Dobrym przykładem są tutaj sieci przesyłowe energii elektrycznej. Albo kolejka na Kasprowy Wierch. Oczywiście mamy także przykłady udanego działania państwowych spółek na konkurencyjnym rynku. Tak jest choćby we Francji. Ale to raczej wyjątki potwierdzające regułę. W dodatku z zupełnie innym podejściem choćby w kwestiach kadrowych, niż w Polsce. Co do zasady jednak zawsze wolę sytuację, w której właścicielem jest podmiot prywatny. Jeśli już jednak państwo posiada z różnych powodów akcje czy udziały w firmach, to jestem zwolennikiem jednego ośrodka, który operacyjnie sprawuje nad tym majątkiem nadzór. W 2016 roku wygrało jednak inne rozwiązanie. Ministerstwo przestało istnieć, a nadzór rozproszono. Mówiąc wprost, poszczególne spółki oddano pod kontrolę poszczególnych ministerstw. Oczywiście istniał tu klucz polityczny.
Sam podział wpływów jest czymś normalnym w demokratycznym państwie. Jeśli po wyborach tworzy się koalicja, to jasnym jest, że poszczególne partie dzielą się odpowiedzialnością za poszczególne obszary aktywności państwa. W polskich realiach dotychczas było tak, że jakiejś konkretnej partii powierzano po prostu całe ministerstwo skarbu, co oczywiście nie musiało oznaczać, że osoby związane z inną partią nie mogły pełnić funkcji w spółkach kontrolowanych przez ministerstwo. Jednak jeden ośrodek nadzoru był faktem.
Eksperyment z 2016 roku się nie udał. Rozproszenie nadzoru niczego dobrego nie przyniosło. Wręcz przeciwnie. I takie głosy dochodziły do nas także z obozu władzy. Słyszymy choćby o tym, że kierownictwo PiS nie było specjalnie zadowolone z tego, kto w ramach podziału kompetencji nadzorczych, trafiał do różnych państwowych firm i to na eksponowane stanowiska. Oczywiście nie można uogólniać, ale trudno się z tą tezą nie zgodzić. W dodatku częstość zmian niektórych zarządów także daje do myślenia.
Wracamy zatem do koncepcji, która funkcjonowała przez dwadzieścia sześć lat. Nie wiemy jednak, jak będzie wyglądała operacyjna praca ministerstwa, które roboczo nazywam ministerstwem skarbu. Pisząc te słowa nie znam bowiem jego nazwy. Jak rozumiem strategiczne decyzje dotyczące spółek skarbu państwa będą zapadały na poziomie rządu. Ministerstwo będzie je realizowało w ramach nadzoru właścicielskiego. I jak rozumiem w dalszym ciągu będziemy mieli jakiś podział spółek w ramach porozumienia koalicyjnego. To się raczej nie zmieni. Ale to, co się, mam nadzieję, zmieni to konieczność zaaprobowania poszczególnych osób desygnowanych na określone stanowiska przez ministra skarbu, lub jakiś zespół w ministerstwie. I będą oni także oceniali ich pracę. Taki sposób działania wydaje się zdecydowanie sensowniejszy. Choć, jeszcze raz to podkreślam, wolałbym, żeby własność państwa w gospodarce nie rosła. A taki proces obserwujemy od kilku lat. Repolonizacja nie musi być równoznaczna z nacjonalizacją.




















