Na te dane czekałem z niecierpliwością. Chodzi o informacje o przeciętnym wynagrodzeniu w sektorze przedsiębiorstw i o sprzedaży detalicznej. Nie ukrywam czekałem mając nadzieję, że dane pokażą hamowanie jednego i drugiego. I tak się stało. Wynagrodzenia wzrosły w maju o 13,5% w stosunku do maja 2021 roku, czyli mniej niż w marcu, kiedy odnotowaliśmy wzrost o 14,1%. Ale znacznie ważniejsze jest to, że ten wzrost jest mniejszy od inflacji, która osiągnęła poziom 13,9% rok/rok. Wzrost wynagrodzeń nie nadążył więc za inflacją. Jest to pierwsza taka sytuacja od dwóch lat, czyli od początku pandemii. Jednak tamten okres to były czasy absolutnie nadzwyczajne, także z punktu widzenia odgórnych decyzji dotyczących rynku pracy.
W przypadku sprzedaży detalicznej także mamy wzrost, ale zdecydowanie mniejszy niż w ostatnim miesiącu, kiedy dobijaliśmy do 20%. Odnotowaliśmy bowiem 8,2% rok/rok. Uwzględniając efekt Ukraińców mieszkających w Polsce możemy mówić o tym, że Polacy mocno wyhamowali swoje zapędy zakupowe.
Na pierwszy rzut oka to nic dobrego, skoro wynagrodzenia rosną mniej niż inflacja, to na mniej nas stać, czyli biedniejemy. I pewnie przejawem tego chociaż na razie w bardzo ograniczonym stopniu jest wyhamowanie dynamiki sprzedaży detalicznej. Problem w tym, że jeśli mamy opanować inflację, to właśnie musimy zakupy ograniczać. Niższy popyt to mniejsze napięcia inflacyjne. Żeby ograniczyć naszą chęć kupowania Narodowy Bank Polski dąży do tego, żeby kredyty i pożyczki były droższe. Z jednej strony to zniechęca do ich brania, a z drugiej zmniejsza środki do dyspozycji u tych, którzy już wcześniej je wzięli. Bo muszą więcej przeznaczać na spłatę długu. Nie ma zatem co ukrywać, walka z inflacją jest po prostu bolesna. Ogranicza bowiem realnie nasz potencjał, czyli właśnie na mniej nas stać.
W ostatnich miesiącach dały się zauważyć przynajmniej początki spirali inflacyjnej, czyli kupujemy na zapas, bo będzie drożej. To powoduje, że nasz popyt jeszcze bardziej podnosi ceny, więc jest jeszcze drożej, a zatem naciskamy na pracodawców, żeby podnieśli pensje. Ci to robią, bo drożej sprzedają, mają zatem z czego, a my dodatkowe środki znowu przeznaczamy na zakupy. I ceny znowu rosną. Rozkręcenie tej spirali oznacza coraz wyższą inflację. A żeby z nią walczyć trzeba relatywnie bardziej podnosić stopy procentowe. Alternatywa jest zatem taka: albo teraz zbiedniejemy mniej, albo w przyszłości bardziej.
Ostatnie dane pokazują, że potencjał do rozkręcania się spirali maleje. Jeśli dane za kolejne dwa miesiące potwierdzą spadek realnego – czyli uwzględniającego inflację – wynagrodzenia i dalsze ograniczanie naszego kupowania, to moim zdaniem mocno to zmniejszy potencjał do dokonywania kolejnych podwyżek stóp procentowych. Na miejscu Rady Polityki Pieniężnej poczekałbym zatem do września i dopiero wtedy podejmował dalsze decyzje.
Tym bardziej, że świat zaczął mocno hamować i ten trend dotyczy – a będzie dotyczył – jeszcze bardziej Polski. Przynajmniej kwartalna recesja, to znaczy dwa kwartały pod rząd na minusie w stosunku do poprzednich kwartałów, jest coraz bardziej prawdopodobna także w naszym kraju. A hamowanie gospodarki to element, który trzeba brać pod uwagę w myśleniu o stopach procentowych. Kolejne podwyżki to większe hamowanie wzrostu PKB. Widzą to także inwestorzy. Ostatni gwałtowny spadek rentowności polskich obligacji jest na to dowodem. Podwyżki stóp i perspektywa ich dalszego dokonywania były głównym powodem systematycznego wzrostu rentowności. W zeszłym tygodniu po raz pierwszy od 20 lat przebiliśmy poziom 8% w przypadku obligacji dziesięcioletnich. Po czym gwałtownie, w ciągu niemalże godzin, zeszliśmy w okolice 7%. To przede wszystkim efekt słowa „recesja”, które pojawiło się w wypowiedziach między innymi prezydenta USA i szefa tamtejszego banku centralnego. Sens ich wypowiedzi był mniej więcej taki: może się jej uniknie, ale ryzyko jej wystąpienia jest. A to oznacza właśnie potencjalnie większą wstrzemięźliwość w kwestii podwyżek stóp procentowych. Inwestorzy przenieśli tę logikę także na rynek polskich obligacji skarbowych.
Istnieje jednak jeden problem. Tak jak w zeszłym roku RPP zdawała się nie dostrzegać problemu inflacji, tak teraz jej w dużej mierze nowy skład przesunął wajchę o 180 stopni. Ale nie zmienia to faktu, że w kwestii przewidywalności działań jest tylko trochę lepiej. Co zatem zrobi Rada? No właśnie… Nie zdziwię się, jak w lipcu znowu podniesie stopy.



















