Na naszych oczach zmienia się układ sił na świecie. Chiny są coraz potężniejsze, także pod względem militarnym, Stany Zjednoczone, zdając sobie sprawę z tego, przenoszą ciężar swoich działań do Azji. Taki kierunek amerykańskiej polityce nadał już poprzedni lokator Białego Domu. Azja to oczywiście nie tylko Chiny, to także inne państwa, które z impetem wchodzą do gry. USA muszą na zmiany odpowiadać, jeśli są i chcą być światowym supermocarstwem. To jasne. Zmiany dotyczą także innych części świata. Również Europy, która po kryzysie zaczyna iść w kierunku zacieśniania relacji. Wystarczy popatrzeć na ostatnie ustalenia przywódców Niemiec i Francji.
Nie zmienia to jednak faktu, że odkąd pamiętam, postępował proces liberalizacji wymiany handlowej i współpracy handlowej na świecie. Zmniejszano lub likwidowano cła i inne instrumenty oddziaływania w kontaktach handlowych. Tworzono strefy wolne od ograniczeń, jak choćby dotycząca Ameryki Północnej NAFTA czy później FTAA, obejmująca prawie całą zachodnią półkulę. Tego typu działań było oczywiście znacznie więcej. Unia Europejska jest przecież strefą wolnego handlu. Całe moje dorosłe życie szliśmy w kierunku zniesienia barier. Aż nastała era Donalda Trumpa.
Zapowiedzi Trumpa dotyczące wycofania się USA z porozumień handlowych i nakładania ceł po to, aby zrównoważyć relacje handlowe, które słyszeliśmy w czasie kampanii wyborcze,j wielu traktowało właśnie tak, jak traktuje się niedorzeczne hasła padające w czasie kampanii. Nie traktowano ich poważnie także dlatego, że przecież Donald Trump miał nie mieć żadnych szans, aby zostać prezydentem. Tymczasem Trump jest prezydentem, a swoje hasła wciela w życie. Rodzi się zatem pytanie: czy Stany Zjednoczone, jak twierdzi Trump, naprawdę tracą na umowach handlowych podpisanych wcześniej? Problem w tym, że wcale nie jest łatwo odpowiedzieć, Bo i nie jest łatwo o obiektywną ocenę świata bez barier handlowych.
Teoria ekonomii mówi, że gospodarka światowa na znoszeniu barier zyskuje i trudno z tą tezą polemizować. Problem w tym, że zysk całego świata nie musi oznaczać zysku poszczególnych krajów czy regionów. Innymi słowy: może być tak, że jedni będą się bogacić jeszcze bardziej i to szybko, a inni co najwyżej nieznacznie. Ktoś może oczywiście powiedzieć, że lepiej nieznacznie niż w ogóle. To hasło często słyszymy choćby wtedy, gdy wielkie koncerny bronią się przed zarzutem wykorzystywania siły roboczej w krajach Azji czy Afryki. Faktem jest jednak, że równowagi nie będzie.
Drugą kwestią podnoszoną często przez przeciwników wolnego handlu jest to, że najbardziej korzystają na nim wielkie, międzynarodowe koncerny. Nie mówimy tu zatem o zyskach państw, ale właśnie koncernów. Nie ma co ukrywać, że rzeczywiście były one jednymi z tych, które zawsze lobbowały za zniesieniem ograniczeń działalności. Dysponujące wiedzą, doświadczeniem, technologią i przede wszystkim ogromnymi środkami miały potężną przewagę w walce z lokalnymi producentami i dostawcami usług. Widzieliśmy to wyraźnie także w Polsce.
Dyskusja jest jednak znacznie bardziej skomplikowana. Jeśli bowiem koncerny współpracują z lokalnymi przedsiębiorstwami, mogą stanowić dla nich nie barierę, ale platformę rozwoju. W praktyce będzie zapewne i tak, i tak. Pytanie: co przeważa i czy w sumie daje to wartość dodaną? A to jest niesłychanie trudno ocenić. Mówimy przecież o równoległej rzeczywistości bez koncernów, bez zniesionych ograniczeń działalności, która się mogła wydarzyć, ale się nie wydarzyła. Jak ją ocenić? Jak policzyć efekty?
Ostatnie lata przyniosły jednak jeszcze jeden przełom. Oto okazało się bowiem, że na plac boju wkracza nowe, choćby z Azji, ale nie tylko. I to nowe zaczyna sobie świetnie radzić w starciu z dotychczasowymi potęgami. Najpierw Japonia i jej wielkie koncerny, a potem Korea Południowa, Chiny czy Tajwan zaczęły bez pardonu rozpychać się w światowej gospodarce. I dotychczasowym potęgom, na czele z USA, zaczęło być trudniej. Mimo to procesy liberalizacji były kontynuowane. W takiej jednak sytuacji musiały one oznaczać oddanie czegoś, przynajmniej w jakiś branżach. I tak się stało także w USA. Wystarczy wspomnieć o branży motoryzacyjnej czy elektronicznej w sensie produkcji komponentów i sprzętu. I na tym opiera się retoryka Trumpa.
Oczywiście zniesienie czy nałożenie barier handlowych ma także aspekt polityczny, albo polityczno‑gospodarczy jako całość. W niektórych konkretnych, policzalnych kwestiach Trump ma jednak rację, choćby w tej związanej ze zróżnicowaniem ceł na samochody w relacjach z Chinami. Dlaczego to zróżnicowanie, dlaczego amerykańskie auta mają być objęte wyższym cłem niż chińskie w czasie, kiedy chiński przemysł automotive zaczyna się liczyć na świecie?
No i jeszcze jedna kwestia. Trump uważa się za mistrza negocjacji. Może zatem jego posunięcia są tylko negocjacyjnymi sztuczkami mającymi poprawić sytuację USA, ograniczyć negatywny wpływ liberalizacji na niektóre branże, ale nie hamować procesu? Być może. Pytanie tylko, czy amerykański prezydent ma rzeczywiście jakiś plan. Czy wie, gdzie zmierza i gdzie w związku z tym zmierza świat? To pytanie zadają sobie w tej chwili wszyscy.
Czeka nas wojna handlowa?
REKLAMA
REKLAMA




















