Tym razem nie chcę zajmować się kwestią miliona samochodów elektrycznych, które mają jeździć po naszych drogach. Zresztą sam pomysłodawca, czyli Mateusz Morawiecki ma dość specyficzny pogląd na tę kwestię. Ostatnio słyszeliśmy bowiem, że w zasadzie jest to temat drugorzędny, ważne, że są programy 500+, czy też emerytura+. Być może Morawiecki ma rację, chociaż pamiętam rozmach medialny towarzyszący startowi programu elektromobilności w Polsce. Ale zostawmy politykę, mamy kampanię wyborczą, wiadomo z czym się to wiąże.
Wróćmy do samych aut. Wciąż nie mamy w Polsce prawdziwego programu wsparcia dla elektryków. Przypomnę, że „NIGDZIE” na świecie się one dobrze nie sprzedają, jeśli ktoś, czyli de facto państwo, do nich nie dopłaca. Zresztą pojęcie „dobrze” też należy odpowiednio rozumieć. „Dobrze”, czyli obserwujemy wyraźne wzrosty sprzedaży, bo ich udział w rynku wciąż jest bardzo niewielki. Wynosi zaledwie 1,7% sprzedanych pojazdów w pierwszym półroczu 2019. Z wyjątkiem Norwegii. Tu rzeczywiście dzieje się rewolucja. Ponad jedna trzecia sprzedawanych aut to elektryki. W Norwegii także mamy dopłaty. A właściwie nie tyle bezpośrednie dopłaty, co cały szereg ulg, na czele ze zniesieniem 25% VAT i cła przy nabyciu elektryka. W polskich realiach oznaczałoby to spadek cen takich aut o prawie 35%. Nie mówię już o obowiązującym w Norwegii darmowym parkowaniu, czy korzystaniu z buspasów na przykład w Oslo. Itd. itp. I możemy mówić o świadomości ekologicznej Norwegów, rzeczywiście bardzo wysokiej, czy o tym, że 98% prądu powstaje tam z wody, czyli bezemisyjnie, to wszystko prawda. Ale prawda jest też taka, że nie ma takiego norweskiego badania, które nie pokazywałoby roli czynnika ceny, jako istotnego przy decyzji zakupowej.
Wróćmy do Polski. Po pierwsze temat ulg w zasadzie nie istnieje. Owszem zniesiono akcyzę, ale i tak wynosiła ona 3,1%. Cudów cenowych z tego nie zrobimy. Poza tym wprowadzono strefy czystego transportu. To znaczy wprowadzono ustawę, bo takich stref w Polsce jest… chyba jedna, ale mogę się mylić. W Krakowie. Zresztą zdaje się też nie do końca działająca, jakieś błędy na poziomie jej ustanowienia w samym mieście, bo moja ostatnia wizyta na Kazimierzu pokazuje, że wjeżdża tam ten, kto chce. Chyba, że straż miejska się nieco zagapiła. Ale tak czy inaczej, trudno tu mówić o poważnych zmianach.
Co dalej? Możliwość ładowania. Planów i zamierzeń jest dużo. Na razie mamy w Polsce około 800 stacji ładowania. Czyli 2 stacje ładowania na 100 tysięcy mieszkańców. W Norwegii jest ich… prawie 10 tysięcy, czyli 185 na 100 tysięcy mieszkańców. W tym zestawieniu jesteśmy na 28. miejscu w Europie.
Liczba stacji jednak rośnie i rosła będzie. Mnie martwi jednak coś innego. Początek procesu wchodzenia elektryków na rynek oznaczał darmowy prąd w ładowarkach. Lub prąd relatywnie niedrogi. Ale to była swoista promocja. Wciąż jeszcze można się z nią spotkać choćby na stacjach Orlenu czy Lotosu. Ale i tu przyjdzie nam wkrótce płacić za prąd. I w tym miejscu zaczynają się schody. Realne „spalanie” najpopularniejszych samochodów elektrycznych, ostatnio jedna z gazet motoryzacyjnych zrobiła odpowiedni test, mieści się w przedziale od 12 kWh (kilowatogodzina) na 100 km, Hyundai Ioniq EV, do 27,5 kWh na 100 km, Jaguar I PACE. Przyjmijmy zatem, że średnio zużycie wynosi 20 kWh na 100 km. Jeśli naładujecie Państwo taki samochód w domu, z gniazdka, pomijam już czas ładowania, to rzeczywiście okaże się, że jest on tani w użytkowaniu. Abstrahując od taryfy załóżmy, że zapłacicie 55 groszy za kWh. To mniej więcej średnia cena prądu w Polsce. Przejechanie 100 km będzie Was kosztowało około 11 złotych. Czyli równowartość dwóch litrów paliwa. Fajnie, prawda? Oczywiście mówię tutaj o relatywnie spokojnym poruszaniu się po drogach, głównie w mieście. Przy prędkościach autostradowych nie jest już tak różowo, bo trzeba się liczyć z dużo większym zużyciem. Przy 140 km/h spokojnie możemy zakładać 30 kWh, a to oznacza wzrost kosztów do ponad 16 złotych, czyli trzech litrów paliwa. Dalej super. Choć pamiętajmy, że prąd w Polsce podrożeje. To pewne.
Sprawa się komplikuje, gdy chcecie Państwo skorzystać z ładowarki. A jeszcze bardziej, jeśli ma to być ładowarka szybka. Czyli taka, dzięki której Wasze auto nie będzie ładowane kilka godzin. Otóż wtedy musicie się liczyć z kosztem nawet… grubo ponad 2 zł za kWh. Jeśli zatem jedziecie w trasę i chcecie korzystać z autostrady i punktów ładowania, zapłacicie 30 kWh razy 2 złote, czyli 60 złotych za każde 100 km jazdy. A to już jest równowartość 12 litrów benzyny. Przypominam: przy 140 km/h, przeciętne auto spalinowe będzie tu dużo oszczędniejsze. No i ładowanie wciąż trwa dłużej, niż tankowanie normalnego paliwa.
Nie ma istotnych zwolnień, nie ma dopłat, mają być, ale tylko na najtańsze auta, nie ma punktów ładowania, choć tu faktycznie mamy przynajmniej jakieś realne plany przyrostu, w dodatku w punktach ładowania, wszystko na to wskazuje, tanio nie będzie. W dodatku 80% prądu produkujemy z węgla, a zatem trudno, póki co, mówić o ekologii w przypadku korzystania z napędu elektrycznego. Czy można się zatem dziwić, że w Polsce w pierwszym półroczu 2019 sprzedano zaledwie 945 elektryków, w tym tylko 37 egzemplarzy kupiły osoby fizyczne?
Elektromobilność po polsku
REKLAMA
REKLAMA




















