Dolar górą

0
Marek Zuber
REKLAMA

Przewidywałby zapewne interwencję, przynajmniej słowną, amerykańskiego banku centralnego i przedstawicieli amerykańskiego rządu. Tymczasem nic takiego się nie dzieje – USA wydają się nie przejmować tym, że, przynajmniej teoretycznie, mocna waluta ogranicza konkurencyjność największej gospodarki świata.
Trzy lata temu prognozy dotyczące tego, co będzie się działo z amerykańska gospodarką, nie były jednakowe. Część obserwatorów uważała, że USA mają szanse na trwałe wyjście z kryzysu, ale będzie to bardzo kosztowne. Przede wszystkim dojdzie do gwałtownego wybuchu inflacji na skutek procesu drukowania dolarów, to zaś doprowadzi do konieczności ostrego podnoszenia stóp procentowych i w efekcie zahamowania wzrostu. Byli i tacy, którzy uważali, że Stanom grozi totalny kataklizm, a to, co obserwowaliśmy w 2009 roku, to tylko jego preludium. Takie tezy stawiał jeszcze w 2011 roku Rubini, amerykański ekonomista, o którym zrobiło się głośno w 2008 roku. Przewidział on bowiem załamanie rynku nieruchomości. Jak widać, potem szło mu już jednak gorzej.
Zdecydowana większość obserwatorów uważała, że zakończenie procesu drukowania dolarów będzie oznaczało poważną przecenę na amerykańskiej giełdzie, a w ślad za nią pójdą także inne parkiety, no i dojdzie do wyraźnego spadku wartości USD, bo przecież jak się czegoś dużo naprodukuje, to wartość tego musi spaść.
Mamy rok 2015 i wydaje się, że gospodarka amerykańska dawno nie miała się tak dobrze. Proces drukowania pieniędzy się zakończył i nie doprowadziło to do żadnego załamania giełdowego. Oszem, kilka miesięcy wcześniej obserwowaliśmy korektę, ale spadki zostały odrobione w tempie ekspresowym. A USD ma się niczym pączek w maśle. Co się takiego wydarzyło, że amerykańska waluta rośnie w siłę?
Powodów tego stanu rzeczy jest kilka. Najważniejszy to oczywiście sytuacja samej amerykańskiej gospodarki. Wzrost gospodarczy się utrwalił, bezrobocie spadło grubo poniżej sześciu procent i, co najważniejsze, wyraźnie zwiększa się liczba nowych miejsc pracy. Po części wynika to z rewolucji łupkowej, o której pisałem w TEMI. Tanie nośniki energii, głównie gaz, powodują olbrzymi wzrost konkurencyjności przemysłu Stanów Zjednoczonych. Dość powiedzieć, że w 2013 roku, po raz pierwszy od lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku, więcej amerykańskich firm wróciło z Chin do USA, niż się w Chinach usadowiło. Obok wzrostu kosztów pracy w Chinach właśnie tania energia była powodem takiego stanu rzeczy.
W USA znowu odczuwa się atmosferę rozwoju i optymizmu, innowacyjność króluje. A jej najbardziej jaskrawym przykładem jest historia Apple, firmy, która stała się najwięcej wartym przedsiębiorstwem w całej historii nowojorskiej giełdy. Ponad siedemset miliardów USD to półtora razy więcej, niż wynosi wartość polskiego rocznego PKB.
Skoro jest tak dobrze, to rynki oczekują przyspieszenia w kwestii pierwszych podwyżek stóp procentowych. Bo inflacja w przyszłości rzeczywiście Stanom grozi. A to z kolei wzmacnia presję na dolara jeszcze bardziej. No i mamy to, co mamy.
Ale dolar w stosunku do najważniejszych światowych walut, czyli euro i jena, umocnił się także z innych powodów. Strefa euro wciąż nie może się wygrzebać z kryzysu gospodarczego, 2014 rok miał tu być przełomem, ale nic takiego się nie stało. Mało tego, zaczął się proces drukowania wspólnej waluty. Jednak jego efekty, z uwagi na inne uwarunkowania tego procesu, z pewnością nie dadzą tak spektakularnych efektów, jak w USA. W dodatku znowu, z uwagi na wynik wyborów w tym kraju, wrócił temat Grecji i jej ewentualnego wyjścia ze strefy euro. Oczywiście dzisiaj nikt już nie rozdziera szat nad takim scenariuszem, ale z pewnością w stabilizacji strefy by on nie pomógł.
Japonia także rozpoczęła na poważnie drukowanie jenów i to jest istotny czynnik spadku wartości waluty Kraju Kwitnącej Wiśni. Wszystko po to, aby doprowadzić do wzrostu inflacji i tym samym zmusić Japończyków do zwiększenia zakupów oraz poprawić konkurencyjność japońskiego eksportu. Nie jest to zatem taki sam proces, jak ten, który obserwowaliśmy w USA. No i dlatego jego krótkoterminowe efekty są inne.
A co ze złotym? Na procesy światowe nałożył się jeszcze wzrost ryzyka związany z wydarzeniami za naszą wschodnią granicą. No i w efekcie dobijamy do 4 złotych za USD.
Co będzie dalej? Moim zdaniem kluczem są przede wszystkim dane ze strefy euro. Jeśli będzie ona trwać w letargu, to przebicie poziomu 4 złotych za dolara jest tylko kwestią czasu. No i wciąż nie pomaga nam polityka Rosji.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze