Kilka dni temu Donald Tusk ogłosił program zerokosztowych kredytów hipotecznych. Ma on rozwiązać problem niedoboru mieszkań wśród ludzi młodych.
Jest wiele wskaźników, które pokazują sytuację mieszkaniową danego społeczeństwa. Ile pokoi przypada na mieszkańca, ile mieszkań przypada na dziesięć tysięcy mieszkańców, czy też ile trzeba pracować, żeby kupić przeciętne mieszkanie. Albo ile mieszkań brakuje, żeby zaspokoić potrzeby mieszkaniowe. W Polsce nie ma znaczenia, który wskaźnik będziemy analizować, bowiem w każdym przypadku jesteśmy w szarym końcu Europy. Dla przykładu w naszym kraju na osobę przypada nieco powyżej 1,2 pokoju, przy średniej unijnej na poziomie 1,6 pokoju, przy czym około 18% ludności krajów UE mieszka w przeludnionych mieszkaniach, w Polsce 37%. Na mieszkanie o powierzchni 70 metrów kwadratowych Polak musi przeznaczyć między 7 a 10 rocznych pensji brutto, Niemiec 5‒6, a Belg 4‒5. Różnica jest więc dramatyczna. Nie jesteśmy najgorsi na Starym Kontynencie, dlatego użyłem sformułowania „w szarym końcu”, a nie „na szarym końcu”, gorzej jest na przykład w Rumunii. Żeby daleko nie szukać, tam problem przeludnienia dotyka 45% mieszkańców. Ale nie zmienia to faktu, że w Polsce dobrze nie jest.
Nie może zatem dziwić, że problem mieszkaniowy często pojawia się w debacie publicznej, a politycy co chwilę próbują tworzyć jakieś koncepcje poprawy sytuacji. I rzeczywiście je realizują, z lepszym czy gorszym skutkiem. Mieliśmy wiele programów, jak choćby program dopłat do kredytów mieszkaniowych, które moim zdaniem w jakimś stopniu jakiejś grupie Polaków realnie pomagały. W ostatnich miesiącach dyskusja o wsparciu dla tych, którzy chcą mieć swoje cztery kąty znowu stała się gorętsza. I wynika to nie tylko z tego, że zbliżają się wybory. Nałożyły się na siebie trzy czynniki. Jeden to porażka programu mieszkaniowego obecnie rządzących, co przyznał nawet publicznie Jarosław Kaczyński. Drugi to najwyższe od dwudziestu lat oprocentowanie kredytów hipotecznych, które doprowadziło do załamania zdolności kredytowej lub oddaliło możliwość obsługi kredytu, szczególnie w przypadku młodych ludzi. No i trzeci czynnik, czyli to, że ceny mieszkań „odjechały”, proces wzrostu był szczególnie widoczny w latach 2019 – 2021.
Rządzący przygotowali zatem w zeszłym roku program kredytów o stałym oprocentowaniu, który za moment ma wejść w życie. Opozycja, w postaci Donalda Tuska, postanowiła nie być dłużna i ogłosiła kilka dni temu program darmowych kredytów. Licytacja zaczęła się zatem na poważnie. Czy program opozycji ma sens?
Nie jestem fanem darmowych rzeczy. Oczywiście tu sytuacja jest trochę inna, bo państwo ma pożyczyć pieniądze, które trzeba jednak zwrócić. Ale te pieniądze nie kosztują nic. I moim zdaniem samo określenie w ten sposób programu nie wygląda najlepiej. Oczywiście problemem będzie także koszt tego programu, tu jednak trudno jest coś więcej powiedzieć do momentu, kiedy nie będziemy znali ostatecznych szczegółów. Ale, jak sądzę, tak czy inaczej same tego typu pomysły sytuacji nie poprawią. Dlaczego?
Moim zdaniem oddziaływanie państwa w zakresie wsparcia dla tych, którzy mają złą sytuację mieszkaniową, powinno dotyczyć trzech obszarów. Po pierwsze rzeczywiście wspierania zakupu. Możemy oczywiście dyskutować, o jakim zakresie wsparcia mówimy, do kogo program kierujemy, jakie są warunki otrzymania pomocy. Ale szczególnie w przypadku młodych ludzi ma to sens.
Jednak po drugie tym programom musi towarzyszyć realne przyspieszenie w przygotowaniu sensownych terenów pod budowę. Nie jestem fanem państwa w gospodarce, oczywiście w jakimś zakresie może ono czy wręcz czasem musi w niej funkcjonować, ale na pewno nie powinno być głównym budowniczym mieszkań. A zatem muszą to robić prywatne firmy. Ale muszą mieć do tego miejsce. Swoją drogą deweloper z pewnością nie jest w Polsce podmiotem zaufania publicznego, co chyba nie do końca jest sprawiedliwe, choć mamy niestety wiele przypadków ewidentnej patodeweloperki i brutalnego wykorzystywania sytuacji. Ale to oddzielna kwestia. Podstawowy argument przeciwko wsparciu w kupowaniu mieszkań i budowie domów jest taki, że doprowadzi ono do wzrostu popytu, a ten do wzrostu cen i cały program będzie funta kłaków wart. I jest w tym trochę prawdy, chyba że istotnie zwiększymy liczbę inwestycji. Czyli nie tylko prostsze procedury, szybsze podejmowanie decyzji, ale przede wszystkim wyznaczanie nowych obszarów pod zabudowę. I nie można tego zrzucać tylko na samorządy, bo one często nie dysponują wystarczającymi środkami, żeby na przykład komunikować nowe rejony, czy tworzyć satelickie centra miast. Tu musi wspierać władza centralna. Wzrost popytu doprowadzi do mocnego wzrostu cen tylko wtedy, gdy wystarczająco nie wzrośnie podaż. A zatem trzeba zrobić wszystko, żeby ta podaż wzrosła. I tu realnych istotnych rozwiązań brakuje. Te dwa podejścia, czyi pomoc w zakupie mieszkań i ułatwienia w budowaniu muszą funkcjonować jednocześnie.
I trzeci element układanki, czyli mieszkania komunalne. Nazwa, która w Polsce źle się kojarzy, ale sama koncepcja jest bardzo ważna. Nie ma takiego kraju na świecie, w którym każdego stać na mieszkanie, w którym każdy ma wystarczającą zdolność kredytową. Tym osobom także trzeba coś zaoferować. I budowa takich mieszkań nie powinna funkcjonować jako program proponowany zamiast programu wsparcia w zakupie, tylko jako program realizowany równolegle.




















