Spadek inflacji w największej gospodarce świata postępuje szybciej niż oczekiwali analitycy. W czerwcu ceny za oceanem wzrosły o 3% w ujęciu rocznym. Ale to wciąż więcej, niż być powinno według amerykańskiego banku centralnego.
Problem potężnego wzrostu inflacji, jaki obserwowaliśmy od 2021 roku, dotknął sporą część świata. Sporą część, ale nie cały świat i warto też o tym pamiętać w kontekście słów niektórych polskich polityków i przedstawicieli Narodowego Banku Polskiego. W Chinach CPI nie przekroczyło 3% rok/rok, dokładnie w szczycie odnotowano 2,8% rok/rok. Tak na marginesie, Chiny obecnie ocierają się o deflację, czyli spadek cen. Ale faktycznie, większa część świata zderzyła się z czymś, co nie było obserwowane od lat. Przypomnę tylko, że impuls inflacyjny wynikał przede wszystkim z niedostosowania popytu i podaży w związku z konsekwencjami COVID-19 oraz z działań Rosji. Ten pierwszy czynnik to zderzenie odbudowującego się po zamrożeniu gospodarek popytu z niedoborami towarów wynikającymi z kolejnego ataku pandemii w Azji. W 2021 roku poszczególne kraje Europy czy Ameryk zaczęły zezwalać na prawie normalną aktywność, także w zakresie działalności sklepów, a wyposzczeni mrożeniem obywatele rzucili się do kupowania. Tym bardziej, że na skutek pożyczenia i wydrukowania bilionów dolarów w skali świata i przeznaczeniu ich na zasypanie koronawirusowej dziury, nie zbiednieli. W Polce mieliśmy tego dobry przykład w postaci tarczy finansowej, która podtrzymała zatrudnienie i nie dopuściła do dramatycznego ograniczenia dochodów społeczeństwa. Wszystko by było w porządku, gdyby nie to, że jak już wspomniałem, COVID wrócił do Azji, w szczególności do Chin. A Chińczycy mieli jedną odpowiedź na walkę z pandemią: mrożenie. A mrożenie to brak działalności fabryk, transportu lądowego, portów itd. itp. Czyli braki towarowe. No i rozkręcony popyt zderzył się ze zmniejszającą się podażą, co musiało zakończyć się wzrostem cen.
O działalności Rosji pisałem nieraz, nie ma co do tego wracać. Potężny wzrost cen nośników energii, a w marcu w zeszłym roku panika na innych rynkach surowcowych i żywności wynikała oczywiście z agresywnych działań Kremla. I dała kolejny impuls inflacji. Tak czy inaczej, w sumie wzrost cen był bardzo mocny, w wielu krajach niespotykany od prawie pięćdziesięciu lat, czyli od kryzysu naftowego początku lat siedemdziesiątych.
Sytuacja pandemiczna została jednak opanowana, produkcja wróciła, panika na rynkach surowcowych i żywności się skończyła, ceny zaczęły spadać. I zobaczyliśmy to też oczywiście w odczytach inflacyjnych. W tym w największej gospodarce świata, czyli w USA. W szczycie, czyli w czerwcu 2022 roku, inflacja w Stanach sięgnęła 9,1% rok/rok. Amerykański bank centralny reagował oczywiście podnoszeniem stóp procentowych. Wielu analityków uważa, że spóźnił się z decyzjami. Sam jego szef stwierdził, że popełniono błąd, niedoszacowując inflacji i wierząc w to, że będzie ona przejściowa. I znowu na marginesie: nic takiego nie usłyszeliśmy od prezesa polskiego banku centralnego. U nas wszystko było super, chociaż pamiętamy doskonale, co mówił Adam Glapiński w 2021 roku. Zresztą ta „nieomylność” i powtarzanie w kółko o tym, że prognozy NBP były najlepsze, a nie były – wystarczy sprawdzić w internecie – z pewnością wiarygodności NBP nie poprawia.
Wróćmy jednak do USA. Amerykanie zaczęli podnosić stopy i z poziomu 0,25%, tyle było jeszcze na początku 2022 roku, doszli do poziomu 5,25% obecnie. I pomimo bardzo mocnego spadku inflacji, proces ten jest kontynuowany. W maju wzrost cen wyniósł 4% rok/rok, a w czerwcu 3% rok/rok. Główna stopa Fed jest już zatem wyraźnie powyżej poziomu inflacji, a przedstawiciele banku dają sygnały, że przynajmniej jeszcze jedną podwyżkę zobaczymy. Nie lubię prostych paraleli, każdy przypadek wymaga oddzielnej analizy, ale warto przypomnieć, że w Polsce inflacja wynosi 11,5% rok/rok, główna stopa 6,75%, a niektórzy członkowie Rady chcieliby pierwszych obniżek po zejściu inflacji do poziomu jednocyfrowego. Zupełnie się z tym podejściem nie zgadzam, nieraz o tym pisałem.
Fed uważa, że to nie koniec walki z inflacją i to pomimo tego, że poprawiają się również inne wskaźniki inflacji, jak PPI – czyli inflacja producentów – czy też inflacja bazowa. Po pierwsze, 3% to wciąż więcej niż Fed by chciał, bo chciałby 2%. Ale ważniejsze jest to, że nie spadły do poziomów akceptowalnych oczekiwania inflacyjne. W dalszym ciągu Amerykanie spodziewają się podwyższonej inflacji, choć już tylko w okolicach 4%.
Ostatnie dane inflacyjne z USA mają też inny ciekawy kontekst. Ponieważ są lepsze od prognoz, to zmniejsza się ryzyko dwóch podwyżek stóp w USA. A to oznacza, że prawdopodobnie stopy w strefie euro wzrosną w najbliższych miesiącach bardziej niż za oceanem. A to z kolei umacnia euro, które kosztuje już 1,12 USD. Tak dobrze nie było od roku. Efekt? Dolar kosztuje już mniej niż 4 złote. I to raczej jeszcze nie koniec.




















