Konsumpcja w Polsce kulała w okresie ostatnich kilkunastu miesięcy. Wszystko przez pandemię. Ale teraz wreszcie zaczyna się ona odbudowywać. Pomaga jej dobra sytuacja na rynku pracy. Wynagrodzenia w wielu branżach rosną, bo nie ma pracowników, a zatem rośnie potencjał zakupowy. Oczywiście ewentualna czwarta fala pandemii może ten proces ograniczyć, ale na razie nie wiemy, czy do niej dojdzie. Oby nie. Wzrost konsumpcji w obecnej sytuacji będzie oznaczał dalszy wzrost inflacji. Tym bardziej, że koszty producentów wyrażane inflacją PPI rosną astronomicznie. W czerwcu było to 7% rok do roku. Najwyżej od dziesięciu lat. Dodatkowym czynnikiem ryzyka jest wzrost podaży pieniądza. Czyli, kolokwialnie mówiąc, drukowanie złotych, które obserwujemy od kilkunastu miesięcy.
Jest jeszcze jedno ważne pytanie. To pytanie o to, gdzie jest poziom, powyżej którego Polacy przestraszą się po prostu wzrostu cen? Bo jeśli się przestraszą, to mając pieniądze z rosnących wynagrodzeń – oczywiście nie wszystkim wynagrodzenia rosną, ale to spora grupa – rzucą się do kupowania jeszcze bardziej. A wtedy możemy zobaczyć wtórne uderzenie inflacji, wynikające właśnie z tego zwiększonego kupowania. Czyli tzw. efekt drugiej rundy. A to z kolei mógłby być wstęp do spirali inflacyjnej.
Tak jak pisałem, to nie jest póki co najbardziej prawdopodobny scenariusz. Ale już nie taki nierealny. Tymczasem Narodowy Bank Polski wciąż nie zamierza nic robić. Tak przynamniej wynika przede wszystkim z wypowiedzi jego prezesa. Oczywiście NBP ma problem, bo nie chce przyciąć dopiero zaczynającego się wzrostu popandemicznego. Ale z drugiej strony, jeśli czarny scenariusz się spełni, to przyszłe koszty zbicia naprawdę wysokiej inflacji będą potężne. Być może wpędzą nas w mocne hamowanie gospodarki lub wręcz w recesję. Sytuacja jest zatem skomplikowana i trudna.
Dość szczególnie w tym kontekście wygląda wypowiedź Mateusza Morawieckiego. Jej sens jest taki: nie ma problemu, że inflacja jest wysoka, bo pensje rosną dwa razy szybciej niż inflacja. Po pierwsze, nie wszystkim się poprawia na tyle, żeby wzrost cen nadrobić. Przeciętne wynagrodzenie, które faktycznie rośnie o około 10% rok do roku, dotyczy sektora przedsiębiorstw, w dodatku tych większych, bo zatrudniających przynajmniej 9 osób. W dodatku to średnia, nie dotyczy wszystkich. A co na przykład z emerytami? Czy tu też mamy 10% wzrostu świadczeń? Oczywiście mamy trzynastą emeryturę, ale to oddzielny program, z inflacją niemający nic wspólnego.
Druga kwestia jest jeszcze ważniejsza. Czy gdyby inflacja wynosiła 30%, a wzrost wynagrodzeń 60%, to też byłoby w porządku? Dzisiaj gra toczy się już o utrzymanie całej stabilności makroekonomicznej. Na razie jest jeszcze w porządku. Pytanie tylko, czy to nie jest już czas, żeby zacząć działać, aby w przyszłości tej równowagi nie zaburzyć…



















