Nowelizacja to nie tragedia

0
Marek Zuber
REKLAMA

Już kiedyś wspominałem o tym, że bardzo często trudno jest w ekonomii o prawdę absolutną. Trudno w tym sensie, że ekonomia nie jest nauka ścisłą. A nasze poglądy bardzo często zależą od tego, jakie mamy stanowisko na poziomie światopoglądu, moralności czy etyki. Oczywiście część rzeczy można, na szczęście, policzyć i tu żadnych wątpliwości być nie może. Z tego liczenia wychodzi nam, że w roku 2013 ewidentnie spadły dochody do budżetu w stosunku do tego, co planowaliśmy. O powodach pisałem już w „Temi”. Z jednej strony to kwestia niższego tempa wzrostu gospodarki, z drugiej kilka czynników, których wpływ na dochody trudno precyzyjnie oszacować: oszustwa podatkowe, wchodzenie w szarą strefę z uwagi na wyższe stawki podatkowe itd.
Główną przyczyną spadku dochodów jest jednak ewidentnie hamowanie gospodarki. Dzisiaj w zasadzie wiemy już, że wzrost gospodarczy będzie o około punkt procentowy niższy niż ten, który zapisany został w budżecie. Czyli wyniesie około 1%. Od razu rodzi się zatem pytanie: czy minister finansów popełnił błąd, zakładając wyższy poziom wzrostu PKB? Sytuacja na świecie jest mocno nieprzewidywalna i trudno jest dzisiaj cokolwiek precyzyjnie prognozować. Nawet jeśli, co jest faktem, już w połowie 2012 roku duża część analityków poddawała w wątpliwość osiągnięcie ponad 2% wzrostu gospodarki, to przypomnijmy sobie rok 2009, kiedy większość analityków zakładała dość mocną recesję w Polsce, a nic takiego nie wystąpiło. Być może minister finansów mógł trochę bardziej wsłuchać się w głos innych specjalistów, ale być może chodziło o coś innego. Wyraźne zmniejszenie tempa wzrostu PKB oznaczałoby albo większe oszczędności, albo podwyższenie podatków, albo większy deficyt budżetowy, czyli złamanie ustawy o finansach publicznych. Ustawa mówi bowiem, że jeśli dług publiczny przekracza 50% PKB, to nie wolno w następnym roku budżetowym zwiększyć deficytu budżetowego. Przy braku innych działań trzeba by było zatem zwiększyć deficyt ponad poziom z roku 2012. Co z kolei oznaczałoby konieczność zmiany ustawy o finansach publicznych. A grzebanie przy tej ustawie fatalnie wyglądałoby w sytuacji, gdy kryzys strefy euro wciąż jeszcze bardzo negatywnie wpływał na nastroje inwestorów. Owszem, były one już lepsze niż na początku 2012 roku, ale z pewnością gorsze niż obecnie. Z kolei inne decyzje, czyli dalsze oszczędności lub podwyżki podatków działałyby negatywnie na wzrost gospodarczy.
Tak czy inaczej założono to, co założono, dzisiaj te założenia trzeba zmienić. I to akurat nie jest nic nadzwyczajnego. Nowelizacja budżetu, czyli właśnie jego zmiana w ciągu roku, to nie żaden koniec świata. Znamy to z naszej najnowszej historii i z historii innych, także tych najstabilniejszych krajów. Nawet jeśli założymy, że minister finansów popełnił błąd, to i tak z tego tytułu dramatu nie ma. Przyjęcie niższego wzrostu pół roku temu oznaczałoby po prostu ostrzejsze działania budżetowe już od początku 2013 roku.
Znacznie poważniej wygląda sytuacja, jeśli chodzi o decyzje dotyczące wspomnianej już przeze mnie ustawy o finansach publicznych. Rząd chce bowiem dokonać zmiany i nie respektować zapisu o skutkach przekroczenia 50% PKB przez dług publiczny. Rodzi się zatem pytanie: to jaki sens ma ta ustawa? Po co ją napisano i uchwalono? Czy rzeczywiście stanowi ona jakiś bezpiecznik zadłużania się państwa, skoro bez specjalnych problemów dla doraźnych potrzeb można ją zmienić? Oczywiście można się tłumaczyć, że to efekt największego światowego kryzysu od osiemdziesięciu lat. Jest to jakiś argument, ale co do meritum niewiele zmienia.
Całe szczęście, że mamy jeszcze jeden zapis, a mianowicie ten w Konstytucji. Przy czym on dotyczy poziomu 60% długu w stosunku do PKB. I to, jak się wydaje, jest tak na prawdę realny hamulec dla rozpasanych finansów publicznych. Bo Konstytucję jest znacznie trudniej zmienić.
Powtórzmy to jeszcze raz: nowelizacja budżetu to nie żadna katastrofa. I widać to wyraźnie także z reakcji inwestorów zagranicznych. Obligacje skarbowe dramatycznie nie potaniały, choć ich ceny są niższe niż dwa miesiące temu, ale to skutek kilku przynajmniej czynników, giełda się nie załamała, podobnie jak kurs złotego. Nie zmienia to jednak faktu, że w kwestii reform finansów publicznych wciąż poruszamy się w tempie ślamazarnym. Podobnie jak w progospodarczych zmianach prawa. Widać to wyraźnie, na przykład patrząc na historię nowej ustawy Prawo Budowlane, która ma szansę wreszcie wejść w życie na początku 2014 roku. A przecież o konieczności zmian w tej materii mówi się od lat…

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze