Rating w dół

0
Marek Zuber
REKLAMA

Agencji ratingowych można nie kochać. Można się z nich śmiać, wytykać im błędy i kwestionować profesjonalizm. Ale, czy nam się to podoba, czy nie, wszyscy patrzą na ich oceny, i w znacznej mierze się nimi kierują. Może mniej niż przed kryzysem 2008 roku, ale jednak.
O co w ogóle chodzi z tym ratingiem? Chodzi o to, żeby ocenić ryzyko związane z krajem, firmą, akcjami, czy jakimiś innymi aktywami. Rating to taka pieczątka informująca o jakości tego, kto się ocenie poddaje. Mamy trzy najważniejsze agencje: Standard& Poor’s (S&P), Moody’s i Fitch. Każda z nich ma swój sposób wyrażania poglądów na temat ryzyka, ale generalnie jest tak, że najlepsza ocena to A, a najgorsza to D. Po drodze mamy oczywiście B i C. Możemy mieć kilka liter, np. AAA, plusy i minusy. Według S&P najlepsza ocena to właśnie AAA, czyli tzw. triple A, a najgorsza to D. Warto jeszcze nadmienić, że obok ocen stosuje się pojęcie perspektywy ratingu – czy agencja spodziewa się w przyszłości pogorszenia, polepszenia, czy braku zmian swojej oceny.
Generalnie jest tak, że samo wejście na poziom A, nawet na najniższy stopień, oznacza bezpieczeństwo. I my, Polska, od 2007 roku na tymże poziomie byliśmy. To bardzo ważne, bo poziom A oznacza, że staliśmy się interesujący dla wszystkich tych, którzy ryzyka brać na siebie nie chcą. Na przykład funduszy emerytalnych. W 2006 roku, przed podniesieniem naszego ratingu na poziom A, uczestniczyłem w spotkaniu z japońskimi funduszami emerytalnymi, które zaczęły się nami interesować, bo poziom A otwierał im drogę do naszych obligacji skarbowych. Niestety wciąż jest tak, że dla wielu funduszy, także dla wielu innych klas inwestorów, rating jest jednym z istotnych elementów podejmowania decyzji. A zatem zbyt niski rating może ograniczać dostęp do kapitałów.
Po tym krótkim wstępie wróćmy do tego, co wydarzyło się kilka dni temu. S&P, najważniejsza agencja, ni z tego ni z owego, obniżyła nam rating. Z poziomu A zeszliśmy na poziom BBB. Oficjalnie analitycy amerykańskiej spółki stwierdzili, że w zasadzie nic nam nie grozi. Przynajmniej z ekonomicznego punktu widzenia. Perspektywy wzrostu gospodarki są dobre, nie ma powodów do niepokoju, jeśli chodzi o finanse publiczne. O co zatem chodzi?! O zmiany polityczne, które mogą destabilizować sytuację. Chyba pierwszy raz w historii obniżono rating z poziomu A na poziom B z uwagi na politykę. W dodatku same zmiany są, w najgorszym razie, z punktu widzenia wzrostu ryzyka dość niejednoznaczne. Ostatecznie w Luksemburgu pracuje się nad likwidacją Trybunału Konstytucyjnego i nikt nie obniża Luksemburgowi ratingu. A nawet jeśli analitycy S&P tak krytycznie oceniają zmiany polityczne w naszym kraju, to najpierw powinni obniżyć perspektywę, a potem dopiero rating. Nic takiego się nie stało. Mało tego: pozostałe dwie agencje nie widzą problemu i, póki co, podtrzymują dotychczasowe oceny.
To, co mogło nam przeszkodzić, choć z pewnością nie powinno doprowadzić do obniżenia ratingu, to „czarny PR”, z którym mamy obecnie do czynienia głównie w Europie. Niestety realizowany także przez Polaków. Po raz pierwszy w ciągu tych 26 lat przenieśliśmy dyskusje o wewnętrznych problemach na forum międzynarodowe. I to jest bardzo zła decyzja. Decyzja, która z pewnością wywierała psychologiczny nacisk na oceniających sytuację w naszym kraju.
Nie rozumiem decyzji S&P, ale nie zmienia to faktu, że rząd mógł zrobić więcej, żeby jej zapobiec, albo przynajmniej, żeby decyzja o obniżeniu ratingu wyglądała w ocenach innych analityków, inwestorów czy ekonomistów, jeszcze bardziej kuriozalnie. Jeśli polski wicepremier mówi o tym, że nie ma specjalnej różnicy między deficytem sektora finansów publicznych na poziomie 2,9% PKB a 3,3% PKB, jeśli przez trzy miesiące nie pokazaliśmy żadnej konkretnej strategii zarządzania gospodarką czy zarządzania finansami publicznymi, to z pewnością naraziliśmy się na powstanie wątpliwości w umysłach oceniających nas ludzi. Często młodych ludzi, którzy nie mają kilkudziesięciu lat doświadczenia analitycznego. Słyszymy tylko hasła o repolonizacji, promowaniu innowacyjności, ale jak to ma być robione, tego wciąż nie wiemy. Faktem jest, że minister finansów dość twardo opowiedział się za niezmienianiem deficytu w 2016 roku, ale jednocześnie niewiele wiemy o planach na 2017 czy 2018 rok. Oprócz tego, że wydatki mają rosnąć. Owszem, poprzedni rząd też nie był tu dużo lepszy, ale ten jest nowy, składający się w większości z nieznanych na świecie ludzi, w dodatku z partii, która po ośmiu latach przejęła władzę i, o czym już wspomniałem, partii, która PR ma taki, jaki ma.
Nic nie słyszeliśmy o jakichś większych spotkaniach przedstawicieli rządu z inwestorami czy analitykami w Londynie, Frankfurcie albo choćby w Warszawie. A spotykać się trzeba po to, żeby uspokajać i pokazywać racjonalne plany, albo po prostu po to, żeby się poznać.
Nie pomaga nam także to, że jesteśmy jedynym krajem w UE, który zwiększa deficyt. Jesteśmy oczywiście w obszarze dopuszczalnym, w przeciwieństwie na przykład do Francji, ale jednak dziura w budżecie rośnie. A są już kraje, jak choćby Niemcy, Wielka Brytania czy Irlandia, które albo już zrównoważyły budżet, albo za moment go zrównoważą. Warto też odnotować, że jesteśmy prawie na maksymalnym dopuszczalnym poziomie deficytu w sytuacji ożywienia gospodarczego. To nie jest sytuacja optymalna, w okresie prosperity powinno się deficyt minimalizować.
Jakby jednak na to nie patrzeć S&P przesadził. Co z tym zrobić i jakie to może mieć konsekwencje? O tym za tydzień.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze