Trzęsienie ziemi w bankowości?

0
REKLAMA

Wszystko wskazuje na to, że trzeciego października 2019 roku Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) wyda wyrok w kwestii tzw. kredytu frankowego jednej z polskich rodzin, która do Trybunału skierowała swoją skargę. I wiele wskazuje na to, że decyzja będzie podobna do opinii, jaką wydał w maju tego roku rzecznik generalny TSUE.

W maju 2019 rzecznik generalny TSUE wydał niewiążącą opinię, z której wynika, że polskie sądy nie mogą utrzymywać w mocy nieuczciwych warunków w umowach kredytów walutowych. Nie wchodząc w szczegóły oznacza to, że w skrajnych przypadkach tzw. kredyty frankowe nie tylko będą musiały być przewalutowane po kursie zaciągnięcia, ale jeszcze będą spłacane po stawce Libor dla CHF, a nie po stawce Wibor dla PLN, co będzie oznaczało znacznie niższe oprocentowanie. To z kolei, razem z samą różnicą kursu dzisiaj i w momencie zaciągnięcia kredytu, jakby nie liczyć, oznacza potężne koszty po stronie sektora bankowego.
Tzw. „Frankowiczów” jest w Polsce około 470 tysięcy. Suma wartości kredytów zależy od aktualnego kursu franka. Jest to obecnie około 125 mld złotych. Generalnie pod pojęciem kredytów w CHF kryją się trzy rodzaje umów. Po pierwsze kredyty we frankach, naprawdę przyznane we frankach i spłacane we frankach. Czyli jedyne prawdziwe kredyty frankowe. Jest ich stosunkowo niewiele. Szacuje się, że co najwyżej kilka procent ogólnej sumy. Po drugie kredyty we frankach, które zostały przewalutowane na złotego i raty są spłacane w złotym. Po aktualnym kursie. I po trzecie kredyty w złotych, które we franku są tylko spłacane. Oczywiście po aktualnym kursie. Czyli ktoś brał de facto kredyt w złotych, ale spłaca w CHF, bo przecież, jak niektórzy mówili, frank miał cały czas tanieć. I tu miał się pojawić zysk kredytobiorcy. W dodatku bank, który taką umowę oferował, najczęściej zmieniał stopę procentową, w stosunku do której liczono oprocentowanie na niższe, czyli na Libor w CHF. Czemu, skoro kredyt był w PLN i bank finansował się w PLN, czyli po wyższej stopie? Mógł to robić choćby dlatego, że przy spłacie kredytu klient musiał „kupować” franka po tabeli bankowej, czyli ze znacznym spreadem. Spread to różnica między ceną zakupu a ceną sprzedaży. Zysk dla banku był na tyle duży, że spokojnie wystarczał na pokrycie różnicy w oprocentowaniu. A niektóre umowy miały w sobie zapis, że o marży banku „decyduje zarząd banku”, czyli gdyby coś poszło nie tak, można było podnieść marżę i spokojnie zarabiać dalej. Kupować napisałem w cudzysłowie, bo w rzeczywistości nie trzeba było nic kupować. Następowało po prostu naliczenie raty w złotych po odpowiednim kursie. I właśnie tego ostatniego rodzaju umów ma bezpośrednio dotyczyć decyzja TSUE.
Od początku problemów z kredytami frankowymi stałem na stanowisku, żeby każdy, kto uważa się oszukany wstępował na drogę sądową. Pisałem także na ten temat w „Temi” kilka lat temu. Wyrok TSUE, jeśli będzie taki, jak przypuszczamy, ułatwi dochodzenie swoich praw. I jest to dobra informacja dla kredytobiorców. Ale kij ma dwa końce. I nie chodzi tu o obronę banków, tylko o rzetelny opis sytuacji.
Trudno jest jednoznacznie szacować, ile wyrok TSUE może kosztować system bankowy. Nie mamy przede wszystkim pełnej i dokładnej informacji o wszystkich kredytach. Możemy jednak z pewnością mówić o kwocie kilkudziesięciu, może nawet ponad pięćdziesięciu, miliardów złotych. To pięcioletni zysk całego sektora bankowego, a więc z pewnością olbrzymia suma. Ktoś powie: no dobrze, ale banki przecież zarobiły na tych kredytach. To prawda. Zarobiły i to sporo. Tyle tylko, że spora część tego zysku została na przykład wypłacona w formie dywidendy. Czyli w tej chwili tych pieniędzy już po prostu nie ma. Problem jest poważny i tak jest odbierany, wystarczy popatrzeć na spadek wartości banków, który przekroczył już od maja, czyli od wykładni rzecznika generalnego TSUE, ponad 25 mld złotych. Spadek wartości złotego, który ostatnio obserwujemy, też bym w znacznej mierze wiązał z tą sytuacją. Co się zatem może wydarzyć?
Nie mieliśmy nigdy do czynienia z takim procesem. Największy bank, który ma spory portfel kredytów frankowych, czyli PKO BP powinien sobie z sytuacją dość spokojnie poradzić. Gorzej z mniejszymi bankami, szczególnie z Gettinem, który ma przecież także inne problemy. Konieczność zgromadzenia odpowiednich środków i ich zablokowanie na poczet wypłat dla kredytobiorców może bardzo wyraźnie ograniczyć zdolność banków do dawania nowych kredytów. To może dotyczyć także PKO BP. A zatem system bankowy będzie mniej skłonny do finansowania gospodarki. A to w sytuacji hamowania całej gospodarki światowej musi oznaczać większe ryzyko mocniejszego hamowania w Polsce.
Decyzja TSUE otwiera tylko możliwości do podjęcia działań prawnych przez kredytobiorców. Nie muszą oni z niej skorzystać, choć pewnie skorzystają. Ale, i to jest plus biorąc pod uwagę sektor bankowy, nawet jeśli skorzystają, to cały proces będzie rozłożony w czasie. Nie będzie trzeba wypłacić fizycznie całej sumy w jednym momencie. Ale w skrajnym scenariuszu możemy sobie wyobrazić załamanie wiary w stabilność systemu bankowego, czyli wyciąganie środków z lokat i z rachunków bieżących. Wydaje mi się to mało prawdopodobne, ale nie niemożliwe. Wtedy będzie musiało zadziałać państwo. Czyli ratować banki, na przykład je dokapitalizowując. A to oznacza koszty. I, w naszej sytuacji, dalszą nacjonalizację sytemu bankowego. Nie jestem jej zwolennikiem, bo banki działające jako spółki skarbu państwa są zdecydowanie mniej chętne do podejmowania ryzyka finansowania gospodarki.
Scenariuszy jest zatem wiele. Czekamy na decyzję TSUE.

REKLAMA (3)
Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
REKLAMA (2)
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze