Wzrost cen żywności jest obok wzrostu cen nośników energii najbardziej dotkliwym przejawem szalejącej inflacji. Co się może wydarzyć w najbliższych miesiącach?
Koszyk inflacyjny to tysiąc pięćset różnego rodzaju dóbr i usług. Główny Urząd Statystyczny co miesiąc bada, ile kosztuje cały koszyk i zmiana tej ceny w stosunku do analogicznego miesiąca poprzedniego roku to właśnie inflacja. Jak wiemy wynosi ona obecnie 16,1%, co oznacza, że koszyk jest droższy o 16,1% w stosunku do jego ceny z sierpnia 2021 roku.
Oczywiście trudno byłoby, delikatnie mówiąc, znaleźć rodzinę, która co miesiąc kupuje owe tysiąc pięćset dóbr i usług. Stanowią one pewną średnią ze wszystkich zakupów całego społeczeństwa. Niektóre rzeczy kupujemy rzadko, inne częściej. Z pewnością do tych ostatnich trzeba zaliczyć żywność. Stanowi ona ponad jedną czwartą całego koszyka. I należy do grupy rzeczy, które drożeją najbardziej. W poprzednim miesiącu artykuły żywnościowe podrożały o 17,5% w stosunku do sierpnia 2021. Gorzej było tylko w przypadku użytkowania mieszkania, domu i nośników energii (wzrost o 27,4%) oraz transportu (wzrost o 19,5%).
Wracając jednak do żywności, na rynku wytworzyła się dość skomplikowana sytuacja. Przede wszystkim mamy pewną dysproporcję między tym, co dzieje się na świecie i tym, co widzimy w polskich sklepach. Na świecie apogeum cen obserwowaliśmy w kwietniu 2022 roku. Informowała o tym FAO, czyli agenda ONZ zajmująca się między innymi żywnością. Potem zaczęły się spadki. Widać to na większości rynków. Także na tych, o których słyszeliśmy w kontekście największych, wręcz panicznych wzrostów. Na przykład pszenica potaniała od szczytu w marcu o 35%, olej rzepakowy potaniał o 45%, a kukurydza o prawie 20%. W wielu przypadkach ceny spadły do poziomów sprzed eskalacji wojny na wschodzie – czyli właśnie sprzed marca – albo są nawet poniżej tych poziomów. A zatem w przypadku wielu artykułów spożywczych na świecie jesteśmy już grubo poniżej szczytów. Choć z drugiej strony biorąc pod uwagę ostatnie lata poziomy są relatywnie wysokie.
W Polsce jest jednak inaczej. Wzrost cen żywności w ciągu roku systematycznie się rozpędza. 17,5% w sierpniu to najgorszy tegoroczny wynik. I prawdopodobnie to nie koniec. Jesteśmy zatem spóźnieni wobec trendów światowych. Ale trzeba też uczciwie stwierdzić, że skala wzrostu w pierwszym półroczu była zdecydowanie niższa, niż generalnie na świecie. Oczywiście to, co się dzieje na świecie, ma wpływ na ceny w Polsce, ale jednak mamy też swoje uwarunkowania i różnego rodzaju ograniczenia. Także polityczne, wynikające ze wspierania różnych grup społecznych przez rządzących. Innymi słowy może być tak, że cena pszenicy na świecie spadnie, ale nie spadnie tak bardzo w Polsce, bo to byłoby niekorzystne dla polskich producentów, czyli potencjalnych wyborców.
Wzrost cen żywności wynika z kilku grup czynników. Na pewno jest związany z obiektywnym wzrostem kosztów wytwarzania. I nie chodzi tu tylko o wzrost cen nawozów sztucznych, do którego doszło już przecież na początku roku, a o którym mówiono najwięcej. Co prawda rząd wprowadził dopłaty do nawozów, ale to tylko częściowo rekompensowało wzrosty cen. Rosną systematycznie koszty pracy, rosną koszty transportu. Żywność trzeba gdzieś przechowywać, a rosną na przykład podatki od nieruchomości, nie mówiąc już o cenach prądu (patrz chłodnie i mroźnie). Itd. itp.
Wzrost cen wynikał także z wojny. A właściwie z paniki związanej z tym, że nie będzie przede wszystkim żywności ukraińskiej. Dzisiaj już wiemy, że jest i na razie będzie, choć do końca nie wiemy ile. Jednak panika w tym względzie na razie minęła.
I oczywiście wzrost cen wynikał i wynika z czynników spekulacyjnych. Albo psychologicznych, jak w dużej mierze choćby w przypadku cukru. Czy koszty produkcji cukru w Polsce wzrosły i wzrosną? Tak. Ale czy do poziomu, który uzasadniałby cenę 5 złotych za kilogram? W tej chwili zdecydowanie nie. Dla porównania w Niemczech kilogram cukru kosztuje obecnie 60 – 65 eurocentów, czyli około 3 złotych. Byłem tydzień temu w Zgorzelcu i wiem, jakie są ceny po drugiej stronie Nysy Łużyckiej, czyli w Goerlitz.
Do tego dochodzą obserwowane co chwilę zjawiska, na przykład przysłowiowa już „świńska górka” czy „świński dołek”. Dotyczące zresztą wielu rynków, teraz na przykład produkcji jaj. Spadło pogłowie niosek, więc w najbliższych tygodniach można spodziewać się wzrostu cen jaj. Może nawet do 2 złotych za sztukę. Ale przecież wyższe ceny zachęcą do zwiększania liczby kur niosek. Ceny produkcji będą wyższe? Pewnie tak, choćby w zakresie nośników energii. Ale pisałem już wielokrotnie, że za rok gaz na przykład może kosztować połowę tego, co teraz. A pasza wcale nie musi być droższa w stosunku do szczytowych cen z tego roku, co widać już zresztą dzisiaj. Czy zatem jajko musi kosztować w przyszłym roku 2 złote? Absolutnie nie.
Jak więc widać układanka jest bardzo skomplikowana. Jest drogo, niestety prawdopodobnie w najbliższym czasie będzie jeszcze drożej. Ale to nie musi oznaczać, że tak drogo będzie też w roku 2023.
# TEMI, Marek Zuber



















