W 1991 roku w Polsce zaczynała się nowa era, a jednym z jej atrybutów było powstanie rynku kapitałowego. Początki z pewnością nie były łatwe: transakcje dokonywane niemalże na kolanie, kilka spółek na krzyż, ale w tamtych czasach byliśmy dumni z tego, że w ogóle coś takiego, jak publiczny obrót akcjami, jest możliwe w kraju, który jeszcze kilka lat wcześniej uznawał tego typu proceder za działalność niemalże wywrotową.
Z biegiem lat było coraz lepiej. Pojawiały się nowe spółki, wprowadzano nowe systemy łączenia chętnych do kupna i sprzedaży akcji, rynek dojrzewał. Oczywiście nie wszystko było różowe. Przez pierwsze dziesięć lat przeżyliśmy dwa poważniejsze tąpnięcia, w czasie których Polacy mogli się zorientować, że giełda to nie tylko zyski. Niektórzy przekonali się bardzo boleśnie. Pamiętam, że jako bardzo młody człowiek obserwowałem reakcję swojego starszego kolegi, który stracił w 1995 roku 90 procent tego, co miał w apogeum wycen swoich akcji. Na szczęście nie był to jeszcze okres, w którym standardem było branie kredytów na akcje, ale i tak lekcja była bardzo bolesna. Kilka lat później znowu inwestował, bo, o tym się też dość szybko przekonałem, ludzie mają stosunkowo krótką pamięć.
Tak czy inaczej, GPW cały czas szła do przodu. Generalnie spółek przybywało, przybywało także inwestorów, pojawiły się fundusze inwestycyjne. Od 2003 roku można już mówić o prawdziwym boomie, także w odniesieniu do zainteresowania polską giełdą ze strony inwestorów zagranicznych. To oni w dużej mierze dostarczali tak potrzebnego w okresie rozwoju kapitału. I możemy różne dziwne rzeczy dzisiaj opowiadać, tworzyć koncepcje rozwoju opartego tylko na polskim kapitale, ale prawda jest taka, że w tamtym okresie było go po prostu dramatycznie za mało. Tak czy inaczej, lata od 2003 do 2008 to prawdziwy złoty czas polskiego rynku.
Potem przyszedł największy kryzys, jaki znamy. Świat się zawalił, zawaliły się także notowania w Warszawie. Wyceny spółek spadły na łeb na szyję. Jednak wcale nie różniliśmy się specjalnie od innych rynków. Wszędzie na świecie dominował czerwony kolor. Mówiło się o kataklizmie, totalnym załamaniu, armageddonie.
Jednak świat się podźwignął i zaczął odrabiać straty. Tak samo zachowywała się giełda w Warszawie. Już druga połowa 2009 roku przyniosła wzrosty. Oczywiście były miejsca, gdzie było lepiej, gdzie odbudowa zniszczeń następowała szybciej, jak Nowy Jork czy Frankfurt, i były miejsca, gdzie sytuacja poprawiała się o wiele mniej dynamicznie. GPW należała z pewnością do tej drugiej grupy. Tym bardziej że dość mocno odczuła, trochę rykoszetem, kolejny kryzys w Europie – tym razem zadłużeniowy. W efekcie nie tyle doszło do jakichś poważnych spadków, co przedłużał się okres marazmu. Byliśmy w miejscu, jeśli chodzi o podstawowe wskaźniki, ale jednak coś się działo. W tym czasie powstał na przykład nowy parkiet Catalist, miejsce dla obligacji, jako odpowiedź na zainteresowanie nowymi instrumentami. Perspektywy rynku nie były takie złe. Aż do czasu.
Dramat zaczął się od pomysłu rozmontowania Otwartych Funduszy Emerytalnych. Możemy się z nim zgadzać lub nie, ale na giełdę pierwsze decyzje dotyczące de facto likwidacji OFE wpływały fatalnie. Potem zaczęły pojawiać się kolejne pomysły. Łączenie spółek energetycznych z kopalniami, podatek od kopalin, podatek bankowy, od sieci handlowych, likwidacja zamkniętych funduszy inwestycyjnych itd. itp. Nie proponowano natomiast niczego, co mogłoby giełdzie pomóc. W słynnym planie Morawieckiego, planie, który wciąż jest głównie w obszarze marketingu i PR‑u, ale jednak jest, o GPW wspomina się mimochodem. W końcu pojawiły się jakieś koncepcje rozwoju giełdy w kontekście zmian w trzecim filarze emerytalnym, ale to wciąż opowiadanie bez konkretów. Prawda jest taka, że póki co nie ma działań, które warszawski parkiet mogą wspomóc. Jaki jest efekt tego wszystkiego?
O tym za tydzień.
Smutny jubileusz GPW (cz. 1)
REKLAMA
REKLAMA




















