Pisząc te słowa nie znam jeszcze ostatecznych rozstrzygnięć, chciałbym bardzo, aby okazało się, że wszyscy, którzy inwestowali w firmie odzyskali swoje pieniądze. Ale z pewnością już na tym etapie można się pokusić o kilka istotnych, jak sądzę, wniosków. Wniosków, które mogą, mim zdaniem, pomóc w przyszłości w podejmowaniu decyzji inwestycyjnych.
Po pierwsze, kwestia samego złota. W dość powszechnym przekonaniu uważa się, że inwestycje w złoto są pewne. Nic bardziej mylnego. Patrząc bowiem na wykres cen złota wyraźnie widzimy, że może ono zarówno drożeć, jak i tanieć. Przy czym najczęściej jest tak, że drożeje ono w okresach kryzysowych, a tanieje wtedy, gdy świat ma się lepiej. W kryzysie szukamy czegoś, co kojarzy nam się z realną wartością. I najczęściej znajdujemy właśnie kruszce szlachetne, wśród których złoto pełni rolę najważniejszą. W okresie koniunktury inwestycje przenoszą się na przykład na giełdę, bo wzrost wartości spółek daje nam większe zyski. Wycofywanie środków ze złota i przeznaczanie ich na akcje, i nie tylko zresztą na nie, musi prowadzić do spadku cen szlachetnego kruszcu. A zatem pierwszy wniosek jest taki: inwestując w złoto wcale nie mamy pewności zysków.
Po drugie wiemy przecież, pisałem o tym właśnie w artykule o ryzyku i inwestowaniu, że za w miarę pewne, choć też nie bez ryzyka, możemy uznać obligacje skarbowe i lokaty w bankach. Dają nam one maksymalnie około 7% w skali roku. Jeśli zatem ktoś gwarantuje nam większy zysk, to powinniśmy, delikatnie mówiąc, mocno się nad tym zastanowić. Cudów nie ma, a działalność charytatywna to inny rodzaj działalności. Oczywiście samego sformułowania, że ktoś komuś coś gwarantuje można użyć. Pytanie tylko, ile ta gwarancja jest warta. Jeszcze raz podkreślam: nie ma gwarantowanego zysku, w sensie w miarę pewnego zysku, przy czym przez „w miarę pewność” rozumiem ryzyko obligacji skarbowych, czy lokat, na poziomie 14%, o których mówił Amber Gold.
I po trzecie wreszcie, kwestia kontroli Komisji Nadzoru Finansowego. Jak wiemy Amber Gold takiej kontroli nie podlegał, bo nie był ani bankiem, ani Towarzystwem Funduszy Inwestycyjnych, czy biurem maklerskim. Teoretycznie można działać na granicy prawa i oferować na przykład quasi bankowe produkty, pytanie tylko po co? Oczywiście brak posiadania na przykład licencji bankowej, to niższe koszty działalności, a brak ryzyka kontroli ze strony KNF to mniej kłopotów w funkcjonowaniu. Czyli ktoś, kto zaoferuje tego typu usługi może, teoretycznie, dawać klientom lepsze warunki. Ale, patrząc z punktu widzenia klienta, czy warto decydować się na takie oferty, powierzać swoje pieniądze, skoro brak kontroli KNF oznacza de facto brak jakiejkolwiek kontroli? To oznacza przecież wzrost ryzyka całej inwestycji. Oczywiście kontrola KNF niczego nie gwarantuje. Ale z pewnością oznacza jednak ograniczenie ryzyka związanego z inwestowaniem pieniędzy. Trzeba o tym pamiętać.
Warto przyjrzeć się dokładniej ofertom, które są na rynku. Jeśli nie znamy się na tematyce inwestycyjnej, poradźmy się kogoś, kto ma na ten temat wiedzę. Bo dzięki niej, jesteśmy w stanie ograniczać ryzyko. Choć pozbyć się go do końca nie da.
Wnioski z zamieszania wokół Amber Gold
REKLAMA
REKLAMA




















