Ostatnie dni zeszłego tygodnia były wręcz fatalne dla polskich obligacji skarbowych. Ich wyprzedaż była efektem kumulacji kilku negatywnych czynników.
Jeśli dobrze pamiętam, przynajmniej dwukrotnie opisywałem już w TEMI, co to są obligacje skarbowe i jak wygląda rynek, na którym się nimi handluje. A zatem w wielkim skrócie: obligacje skarbowe to papiery wartościowe emitowane przez państwa, dzięki którym mogą one pożyczyć pieniądze od tych, którzy te obligacje kupią. A zatem obligacje to po prostu forma pożyczki. Jak już zostaną one przez państwo sprzedane – czyli środki z ich sprzedaży trafią do budżetu państwa – to posiadacze obligacji mogą nimi obracać. Rynek, na którym się to dzieje, tworzą banki i jest to tzw. międzybankowy rynek obligacji. Mówię oczywiście o najważniejszym miejscu obrotu, bo są jeszcze inne, ale nie o tym dzisiaj. Bardzo ważnym wskaźnikiem, który opisuje daną obligację, jest jej rentowność. Rentowność, czyli to, ile tak naprawdę na niej zarobimy, jeśli w danym momencie ją kupimy i będziemy trzymać do końca, czyli do momentu, kiedy zostanie ona wykupiona przez państwo. Na rentowność wypływają przede wszystkim dwie wielkości. Oprocentowanie obligacji, czyli jej kupon oraz cena, w jakiej obligacje kupimy. Cena, która nie musi być równa jej nominałowi. A nominał to jest to, co dostaniemy jak się obligacja skończy, czyli jak zostanie wykupiona. Wiem, że to wszystko zagmatwane. To napiszę inaczej: im niższa cena obligacji, tym wyższa jej rentowność. Czyli jak rentowność rośnie, to cena spada. I to właśnie rentowność podajemy zawsze wtedy, kiedy chcemy pokazać, co się z danym papierem dzieje.
To, co jest zyskiem dla jednych, jest kosztem dla innych. Jeśli rentowność wynosi na przykład 9%, to kupujący tyle zarabia rocznie, jeśli zostawi ją do wykupu. Jeśli jest to nowa obligacja, a zatem sprzedającym jest emitent, ten kto pieniądze pożycza, czyli w naszym przypadku państwo, to dla niego oznacza ona roczny koszt pożyczki. Oczywiście, jeśli obligacja jest już na rynku, to zmiany rentowności nie wpływają na emitenta, bo posiadaczem obligacji, tym który ją sprzedaje, jest już ktoś inny. Na przykład ten, kto pierwotnie pożyczył pieniądze państwu, czyli kupił nową obligację. No dobrze. Ale jeśli na rynku rentowność rośnie, to rentowność tych obligacji, które są już w obrocie, a państwo chce znowu pożyczać, czyli emitować nowe obligacje, to niestety musi patrzeć na rynek. Rentowność nowo sprzedawanych obligacji będzie bowiem mniej więcej taka, jak tych na rynku.
Dwa i pół roku temu rentowność najważniejszych – czyli dziesięcioletnich – polskich obligacji była w okolicach 1,5%. Czyli jeśli państwo pożyczało pieniądze, to rocznie te pożyczki kosztowały go właśnie 1,5%. Ale to już zamierzchła historia. W zeszły piątek przekroczyliśmy bowiem poziom 9%! Tak wysoko ostatnio było na początku tego wieku. Co jednak jeszcze bardziej szokujące, w sierpniu byliśmy na poziomie 6%. A największy wzrost nastąpił w ciągu dosłownie trzech dni zeszłego tygodnia. Co się zatem stało?
Kilka rzeczy naraz. Oczywiście nie pomaga nam sytuacja w Wielkiej Brytanii, a dokładnie to, że była już premier chciała de facto zwiększać deficyt budżetowy, co wstrząsnęło rynkiem obligacji w tym kraju. Ale ja chcę głównie zwrócić uwagę na nasze problemy wewnętrzne. Do inwestorów, głównie zachodnich, zaczyna docierać, że wbrew oficjalnej narracji sytuacja finansów publicznych w Polsce wcale nie jest tak dobra. Uwzględniając podmioty, które formalnie nie są w Polsce klasyfikowane jak elementy finansów publicznych, ale de facto nimi są i mają na przykład pełną gwarancję skarbu państwa, jak Polski Fundusz Rozwoju czy Bank Gospodarstwa Krajowego, tegoroczna dziura w finansach publicznych zbliży się do 150 mld złotych. A to olbrzymia wartość. Mało tego: w przyszłym roku będzie gorzej. A całe potrzeby pożyczkowe – czyli nie tylko nowe obligacje, które będzie trzeba sprzedać, żeby sfinansować przyszłoroczną dziurę – ale także te, które trzeba będzie wyemitować, że wykupić zapadające – czyli kończące się papiery – może sięgnąć pół biliona złotych. A to absolutny rekord! No i pytanie: kto to wszystko ma kupować, tym bardziej, że polskie instytucje, na przykład banki, za bardzo środków na to już nie mają.
Nie pomaga też to, że nie dostaliśmy środków z KPO i, co najgorsze, nie wiadomo, czy dostaniemy środki unijne z „normalnego” budżetu. To zła informacja dla wzrostu gospodarczego. Czyli ryzyko polskich obligacji rośnie. W dodatku hamowanie na świecie jest faktem, a inflacja nie chce spadać. A Rada Polityki Pieniężnej, odpowiedzialna za walkę z nią, organizuje nam żenujący spektakl kłótni i pretensji. I jakby tego było mało, rząd jeszcze dosypuje pieniędzy i inflację rozkręca.
Zatem obligacji trzeba będzie sprzedać dużo więcej, a czynników ryzyka przybywa. Trudno się zatem dziwić temu, że część uczestników rynku zaczęła się bać i swoje papiery rzuciła na rynek. Kupujących nie było, a zatem nastąpił spadek cen, czyli wzrost rentowności i mamy 9%…
Nie twierdzę, że dzieje się jakiś dramat i za chwilę będziemy Grecją. Nie. Do Grecji to jeszcze długa droga. Ale jest coraz gorzej. I koszty tego wszystkiego będą coraz wyższe. Koszty także w postaci odsetek, które będzie trzeba od naszego długu płacić. Czy przyjdzie jakieś opamiętanie?



















