
Z okazji niedawnych triathlonowych wydarzeń, w których występowali polscy reprezentanci, jak Robert Karaś czy Adrian Kostera, warto porozmawiać o motywacji poprawiania własnego zdrowia.
POZA GRANICAMI
Na początek… trzeba wyjaśnić jedno. Wyczyny na poziomie wyżej wymienionych sportowców do zdrowych już nie należą. Wielokrotnie przekroczone (jakby się mogło wydawać, o czym później) granice wytrzymałości ludzkiego ciała poddawane są ocenie ekspertów i komentatorów sportowych, pomimo że słusznie można zauważyć, iż wzmianki o ostatnim IRONMAN’ie były w mediach raczej zdawkowe. Żadna telewizja nie prowadzi transmisji z tak ekstremalnych zawodów, bo jest to zwyczajnie… niebezpieczne. Tak mocno naciągnięte struny w postaci ludzkich mięśni są na granicy pęknięcia (można by powiedzieć). Ucieczka mediów od tego tematu to podobna sytuacja jak z wyścigami motocyklowymi na wyspie Man. Co roku ginie tam kilku motocyklistów i jest to niestety „pewniak”, gdyż zawody rozgrywane są na zamkniętych ulicach tej wyspy, a nie na ogrodzonym, specjalnie utworzonym do tego torze wyścigowym. Niemniej jednak nie przeszkadza to tłumom kibiców przybywać i dopingować. Autodestrukcja i igranie ze śmiercią niestety idą w parze, dlatego też 10-krotny dystans triathlon Iron Man (przypomnę – 38 km pływania, 1800 km na rowerze oraz ponad 420 km biegu) nie jest oficjalnie uznawany za dystans nadający się na olimpiadę. Nie przeszkadza mi to jednak od ponad dwóch tygodni – dzień w dzień – rozmawiać z podopiecznymi w sali treningowej, którzy są mocno zaaferowani osiągnięciami Polaków. I oto właśnie chodzi! Docieramy do sedna. Dla ciekawskich – Robert Karaś po zdjęciu z trasy (dolegliwości pooperacyjne) czuł się dobrze i gdyby nie problemy zdrowotne udałoby mu się najprawdopodobniej ukończyć zawody na 1 miejscu ze znaczną przewagą. Prawdopodobnie… niemniej jednak Panie Robercie, Adrianie – czapki z głów!
SKORO ON MOŻE…
to czemu nie ja! Wyczyny takich atletów zdecydowanie i definitywnie pchają ludzi do odkrywania własnych granic i ich pokonywania. Kiedyś podczas rozmowy z pewnym kolarzem na temat aktywności fizycznej jego żony, dowiedziałem się, jak ważna jest głowa, czy inaczej – nastawienie. Gdy próbował on zachęcić swoją lubą do tego, by przejechała z nim spacerowym tempem 30 km w jedną stronę, popukała się w czoło. Kiedy jednak innym razem pokonali ten dystans bez zapowiedzi, okazało się, że żona była na tyle „świeża”, iż w powrotnej drodze do domu była pierwsza. Dlaczego? Bo jej głowa nie zdawała sobie sprawy, że dystans ten nie będzie zabójczy, a jej samopoczucie po takiej trasie będzie na wysokim poziomie.
Boimy się tego, czego nie znamy. Dopiero, gdy się z tym zmierzymy, niepokój odchodzi. Nie bójmy się mierzyć z własnymi strachami i pokonywać swoich barier, pod warunkiem, że robimy to bezpiecznie i zgodnie z zasadami. Maratonu (z miejsca biec) nie polecam, ale już niedługo chłodniejsze popołudnia września i października pozwolą marudom złapać trochę oddechu i być może spróbować swoich sił, jeśli chodzi o jogging. Jako trener przypominam – trening siłowy, mobility, rozciąganie – to wszystko pomoże wejść w ulubioną aktywność z ograniczeniem ryzyka kontuzji i szybciej zaadaptujemy się do wysiłku. Wystarczy 2-3 krótkie sesje w tygodniu, by ciało nabrało odpowiedniego rytmu do ćwiczeń. Oczywiście odpowiednia suplementacja, jak kwasy omega-3, magnez, potas, cynk czy kolagen pomogą ukoić ból mięśni po uprawianiu ulubionej aktywności. Niech jednak zmianami w diecie i ułożeniem suplementacji zawsze zajmie się specjalista. Są ludzie, którzy się na tym znają!
WYZNACZ CEL
Nie bój się jak karaś płynąć pod prąd! Niezwykle poruszeni wydarzeniami na rzece Odrze przypominamy, jak ważne jest dbanie o środowisko. Jest to coś, co bezpośrednio wpływa na nasze zdrowie. Powinniśmy wszyscy być tym zaalarmowani, aby w przyszłości takie wydarzenia nie miały miejsca! W zaciszu swojego domu dbamy o czystą okolicę, sortujemy śmieci, używamy ekologicznych kosmetyków oraz ustalamy plan działania do poprawy swojego zdrowia!
Zaczynamy od małych kroczków. Pierwszy przepłynięty kilometr, pierwsza pięćdziesiątka na rowerze czy pięć kilometrów biegu. Poprawiamy systematycznie swoje wyniki lub zwiększamy je. Pamiętamy o zdrowej, zróżnicowanej diecie i odpoczynku. Do tego warto zainteresować się naturą wokół nas – w momencie, gdy ta wzywa nas do pomocy. Może akcja sprzątania pobliskiej rzeki to aktywność, która zajmie jedną wrześniową sobotę? Pomyśl. A w nawiązaniu do tytułu – pamiętaj, że gdy już zaczniesz swoje treningi, pojawią się chwile zwątpienia. Nawiązując do żartu, jaki ostatnio panuje wśród moich znajomych trenerów – gdy podopieczny mówi Ci, że jest mu bardzo ciężko w sali treningowej – przekaż, żeby nie narzekał, bo Karaś wciąż płynie!!! 🙂























