Ano po to, żeby pożyczyć pieniądze, których brakuje w budżecie.
Banki handlują tymi obligacjami, de facto są one łańcuchem tworzącym rynek, ale robią to nie tylko w swoim imieniu. Robią to także, a często przede wszystkim dla swoich klientów. Od wielkich funduszy inwestycyjnych, emerytalnych, po relatywnie niewielkich klientów indywidualnych. Ale żeby obligacje skarbowe mogły trafić na rynek, rząd danego państwa musi je sprzedać. Dzieje się to na przetargach. Państwo informuje, co jest do sprzedania, a banki w swoim imieniu i imieniu klientów się na papiery zapisują.
Oczywiście, aby państwo mogło sprzedać obligacje skarbowe, ktoś musi chcieć je kupić. Ale żeby ktoś chciał je kupić, musi wierzyć w to, że pieniądze do niego wrócą, i że coś jeszcze dostanie za to, że swoje pieniądze jakiemuś państwu powierzył. Coś, czyli odsetki, w Polsce nazywane kuponem. Jeśli wiara w możliwość oddania pieniędzy spadnie, to państwo nie jest w stanie ich zebrać. A to oznacza brak możliwości sfinansowania dziury w budżecie, jeśli taka dziura się pojawi. Jeżeli jej nie ma, to zazwyczaj są obligacje wyemitowane wcześniej, które trzeba wykupić. Chcąc je wykupić, najczęściej emituje się nowe papiery. Brak możliwości ich sprzedaży oznacza brak środków na wykup, czyli niewypłacalność państwa. Zresztą prawda jest taka, że jeśli nie ma chętnych na nowe obligacje, to dzieje się tak wtedy, kiedy dziura w budżecie jednak jest. I to bardzo duża, co właśnie powoduje brak wiary w to, że państwo będzie w stanie wykupić swój dług. A najczęściej jest tak, że i dziura w budżecie jest duża i wielki jest dług zaciągnięty wcześniej. I tak właśnie było w Grecji. Uważa się, że bezpieczna granica wielkości długu wynosi 60% w stosunku do Produktu Krajowego Brutto, czyli PKB. Nie wynika to z jakiegoś wyrafinowanego algorytmu. Po prostu uznano, że przy takim poziomie koszt obsługi długu, czyli odsetki od niego, nie stanowią jeszcze takiego obciążenia, które byłoby nie do udźwignięcia. Tymczasem w Grecji na początku 2010 roku poziom ten zbliżył się do 150% PKB. W normalnych warunkach brak zaufania do kraju, wielkości i siły gospodarczej Grecji pojawiłby się dużo wcześniej. Ale Grecja była w strefie euro i to był argument za tym, żeby wierzyć w możliwość obsługi znacznie większego długu niż owe 60% PKB. Na zasadzie: przecież nikt nie pozwoli Grecji upaść. Jednak i to myślenie w końcu przestało obowiązywać. Grecja ostatnie swoje obligacje sprzedała w marcu 2010 roku. A potem, nie będąc w stanie już pożyczać, właściwie upadła. Możemy teoretycznie dyskutować, co to tak naprawdę formalnie znaczy, ale w rzeczywistości właśnie tak się stało. Grecja była także w kryzysie gospodarczym w konsekwencji kryzysu światowego 2008 – 2009, który był bezpośrednim powodem pogorszenia sytuacji finansów publicznych. Wielki już przed 2008 rokiem dług rósł jeszcze szybciej, bo wydatki pozostały, a dochody na skutek recesji malały, trzeba się zatem było bardziej zadłużać. Jednocześnie malało PKB. I to dlatego dług do PKB tak szybko przekroczył 150%. Jeszcze w 2008 roku był na poziomie 110%. Tak czy inaczej Grecja straciła w drugim kwartale 2010 możliwość pożyczania pieniędzy. Międzynarodowa społeczność, w postaci Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego i Europejskiego Banku Centralnego zaoferowała pomoc, czyli swoistą kroplówkę na ratowanie państwa. Ale nic za darmo. Grecja musiała poddać się drakońskiej kuracji, czyli potężnemu cięciu wydatków. Zaczęły się wystąpienia społeczne, brak stabilności politycznej itd itp. Były także takie siły, które uważały, że nie wolno godzić się na warunki narzucane z zewnątrz. Że są one zbyt ostre. Jedna z tych sił SIRIZA wygrała w 2014 roku wybory, po czym zaczęła iść dokładnie drogą narzuconą przez tzw. TROJKĘ, czyli trzy wspomniane wcześniej instytucje.
Cięcia były rzeczywiście bolesne, jeszcze bardziej zapadła się także grecka gospodarka. Dość powiedzieć, że PKB Grecji spadło między 2010 a 2016 rokiem o jedną trzecią. I biorąc pod uwagę różne wskaźniki, mniej więcej o tyle zubożeli Grecy. Bezrobocie wzrosło z 12% na początku 2010 roku do prawie 28% w połowie 2013 roku. Zmniejszono wynagrodzenia w sektorze publicznym, co oczywiście przerzuciło się także na sektor prywatny, zmniejszono emerytury. Jednocześnie Grecja cały czas żyła dzięki pożyczkom od TROJKI. Ostatni taki program ratunkowy zakończył się w połowie 2018 roku.
W 2014 roku kraj wyszedł z recesji, na krótko jednak. Wpadł w nią znowu w drugiej połowie 2015. Tym razem jednak na krócej i od 2017 roku obserwujemy już wzrost. Wreszcie, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, w budżecie pojawiła się nadwyżka. Grecja odnotowuje ją od 2016 roku. I właśnie owa nadwyżka, będąca konsekwencją uporządkowania finansów publicznych i wzrostu gospodarczego spowodowała, że świat inwestorów znowu Grecji zaufał. Znowu wierzy w to, że będzie ona w stanie obsługiwać swój dług. Pomimo tego, że wynosi on prawie 180% PKB. Ale już się nie zwiększa, zaczął nawet spadać. I właśnie dlatego 5 marca pożyczył jej 2,5 mld euro. Przy czym, co ważne, popyt był znacznie większy od nominału papierów, które zostały zaoferowane. Po dziewięciu latach Grecja wraca na rynek długu. W tym sensie grecki kataklizm dobiegł końca. Choć społeczeństwu dojście do poziomu życia sprzed kryzysu, poziomu w znacznej mierze osiągniętemu na kredyt, zajmie jeszcze wiele, wiele lat.
Koniec greckiego kryzysu
REKLAMA
REKLAMA




















