Kiedy pod koniec zeszłego roku Standard@Poor’s obniżył polski rating, wywołało to spore zmieszanie nie tylko na rynkach finansowych, ale także wśród polityków. Decyzja S@P stała się bowiem argumentem za tym, że nowy rząd i w ogóle cała nowa formacja prowadzi do pogorszenia sytuacji finansów publicznych w Polsce. Ocena ratingowa jest bowiem papierkiem lakmusowym w kwestii bezpieczeństwa inwestycji związanych z danym krajem. Skoro ocena kraju spada, to znaczy, że staje się on bardziej ryzykowny, czyli rządzący popełniają błędy.
To głównie właśnie ze względu na obniżenie ratingu inwestorzy kazali sobie więcej płacić za to, że pożyczają nam pieniądze. Rentowność obligacji, czyli właśnie zysk z ich posiadania wzrósł bowiem o 0,3 – 0,4 punktu procentowego. Jeśli do końca roku taka sytuacja się utrzyma, będzie to oznaczało 3 mld PLN, może nawet nieco więcej, kosztów obsługi naszego długu.
Decyzja S@P była zaskoczeniem. I, pisałem to wielokrotnie, nie zgadzam się z nią, bo nie poprzedziło jej choćby obniżenie perspektywy i moim zdaniem wyolbrzymiono zdecydowanie kwestie polityczne. A najbardziej dotkliwe było to, że zeszliśmy z poziomu A‑ na poziom BBB+. To niby tylko jedno „oczko”, tylko jedno „piętro” niżej, ale jednak nie poziom A, tylko B. A to już, niestety, inna liga. Poziom A to poziom inwestycyjny bezpieczny, który oznacza brak kłopotów. Straciliśmy przez to część inwestorów, którzy nie lubią ryzyka lub wręcz nie mogą go brać na siebie, jak choćby fundusze emerytalne.
Z decyzją Moody’s, nawet potencjalnie, nie było tak źle. To, co nam groziło, to zejście z poziomu A2 na poziom A3. Też jedno „pięterko”, ale jednak wciąż na poziomie A, czyli inwestycyjnym. Nawet jeśli doszłoby zatem do obniżenia oceny, wymiar tej decyzji nie byłby tak poważny. Moody’s nie zdecydował się jednak nawet na to. Obniżył jedynie perspektywę i stwierdził, że na jesieni znowu wróci do tematu. Czyli dał sygnał, że jest obawa o to, czy sprawy idą w dobrym kierunku, ale na razie jeszcze nic złego się nie wydarzyło.
Argumentacja amerykańskiej firmy jest, trzeba przyznać, logiczna. Nie wiem, czy będąc na miejscu analityków Moody’s, obniżyłbym perspektywę, ale na pewno brałbym pod uwagę taki wariant. Polski rząd podjął bowiem, lub zapowiedział podjęcie, kilka decyzji, które wyraźnie zwiększają wydatki budżetu. Wskazał niby źródła finansowania, ale jednak dość mgliście. Szczególnie w kontekście zwiększenia ściągalności podatków. Pierwsze miesiące nowego roku pokazują, że cudów, choćby w kwestii ściągalności VAT‑u, nie należy oczekiwać. A skąd wziąć w następnych latach pieniądze choćby tylko na „500+”, jeśli się to nie uda?
Moody’s zatem poczeka. Jesienią będziemy już znali założenia nowego budżetu, także w kontekście poszukiwania źródeł finansowania. I wtedy będzie można bardziej wiarygodnie odpowiedzieć na pytanie, czy rząd rzeczywiście w sposób istotny zwiększa ryzyko dla kupujących polskie obligacje, czy też nie.
Nie oznacza to jednak, że do jesieni mamy spokój. W lipcu bowiem Fitch będzie weryfikował swoją ocenę Polski. Na razie jesteśmy na poziomie A‑, został on potwierdzony w styczniu. Jeśli jednak doszłoby do obniżenia ratingu, zjedziemy, podobnie jak w przypadku S@P, na poziom B. Będzie to oznaczało, że dwie z trzech wielkich agencji przestały nas zaliczać do grona najbezpieczniejszych krajów na świecie. Ponieważ większość inwestorów bierze pod uwagę wszystkie trzy oceny, będzie to miało konkretny wymiar. Wymiar oczywiście negatywny. I przełoży się na nasz budżet.
Sensowna decyzja
REKLAMA
REKLAMA




















