Czy czeka nas powtórka z 2008 roku, kiedy system bankowy chwiał się w posadach? Takie pytanie stawia sobie wiele osób w kontekście ostatnich wydarzeń w USA i Szwajcarii.
Nic nie jest pewne. I nie jesteśmy w stanie wszystkiego przewidzieć. Wielokrotnie się o tym przekonywaliśmy, szczególnie w ostatnich latach. Kiedy wydawało się, że największym wyzwaniem ekonomicznym na najbliższe kwartały będzie w miarę przewidywalna walka z inflacją – w miarę, bo przecież tak do końca pewnych procesów nie da się przewidzieć – i ze skutkami hamowania gospodarki okazało się, że wyskoczył inny trup z szafy. Zaczęło się w Stanach Zjednoczonych.
Silicon Valley Bank to bank specyficzny. Wyspecjalizował się bowiem w obsłudze firm z Doliny Krzemowej, czyli obsłudze firm technologicznych. Oczywiście samo finansowanie startupów to był mały wycinek jego działalności. Nawet w USA, szczególnie po kryzysie finansowym w 2008 roku, banki uniwersalne – a takim był SVB – nie mogą wchodzić w bardzo ryzykowne projekty. A ze startupami innowacyjnymi jest tak, że albo wyjdzie, albo nie. Tak zwana obsługa spółek technologicznych bardziej polegała zatem na prowadzeniu rachunków, utrzymywaniu depozytów, czy kredytowaniu tych, którzy byli już na wyższym poziomie rozwoju i mieli formalną zdolność kredytową. Generalnie wszystko się fajnie kręciło, ale niestety ostatnie miesiące to pogorszenie sytuacji wielu podmiotów z branży wysokich technologii. Na pewno słyszeliście Państwo choćby o zwolnieniach w Dolinie Krzemowej? W efekcie część tych firm zaczęła wyciągać środki zgromadzone w SVB. Gotówka była im po prostu potrzebna. I pewnie nie doprowadziłoby to do poważnych problemów, gdyby nie druga strona medalu, czyli walka z inflacją. Dlaczego?
Otóż walka z inflacją oznacza podwyżki stóp procentowych. A te prowadzą do wzrostu rentowności obligacji. A wzrost rentowności obligacji oznacza z kolei spadek ich cen. O tej zależności wielokrotnie pisałem. A zatem, jeśli ktoś, bank na przykład, kupował obligacje (dotyczy to także obligacji skarbowych), to podwyżki stóp oznaczały, że ich bieżąca wycena była niższa. Oczywiście, jeśli ktoś trzymałby takie obligacje do końca ich życia, do wykupu, to nic by się nie stało. Uzyskałby zwrot taki, jaki „wychodził” w momencie ich nabycia. Ale jeśli trzeba dokonać sprzedaży wcześniej, to trzeba również realnie zrealizować stratę. A CVB musiał obligacje sprzedać, bo jego klienci potrzebowali gotówki, która była w owe obligacje inwestowana. No i się zaczęło. Bank stracił płynność, a w efekcie upadł.
Z Credit Swiss – czyli z drugą wielką „upadłością” ostatnich dni, formalnie upadłości nie zgłoszono, bo bank został przejęty – było nieco inaczej. Oczywiście jego też, jak cały system bankowy, dotknął spadek cen obligacji. Ale wycofywanie środków przez klientów zaczęło się dużo wcześniej, choć na początku było mniej gwałtowne. Credit Swiss w ostatnich latach bardzo często wchodził w specyficzne relacje biznesowe. Przykładem jego działań była notka rozesłana w marcu 2022 roku do firm współpracujących z tymże bankiem, nakazująca im zniszczenie całej dokumentacji potwierdzającej finansowanie oligarchów rosyjskich. Niejasne operacje, pranie pieniędzy, czy finansowanie podejrzanych podmiotów reputacyjnie fatalnie oddziaływało na bank. Na to nałożyły się też błędy działalności inwestycyjnej. Wszystko to doprowadziło z jednej strony do spadku wiarygodności, a z drugiej do wygenerowania realnej straty, która w zeszłym roku znacznie przekroczyła poziom 7 miliardów franków. I w momencie, gdy główny akcjonariusz (jeden z banków z Bliskiego Wschodu) odmówił dalszego dokapitalizowywania – zaczęła się panika. W przypadku szwajcarskiego banku jego problemy to był jednak proces, który obserwowaliśmy przez lata i który toczył się trochę na jego własne życzenie.
Czy zatem te dwie katastrofy, właściwie trzy – bo mamy jeszcze drugi dużo mniejszy amerykański bank, który upadł – to początek czegoś większego? Niczego nie można wykluczyć, ale jest parę przesłanek, że to nie będzie coś porównywanego z 2008 rokiem. Wypracowaliśmy na bazie doświadczeń z tamtego okresu i z 2012 roku (wtedy strefa euro trzeszczała w posadach) pewne mechanizmy stabilizowania sytuacji związanej z kryzysem bankowym. Oczywiście te mechanizmy to przede wszystkim działania banków centralnych. I takie działania zostały ogłoszone. Aktywnie do walki włączyły się od razu rządy. Tak naprawdę problem na poważnie zacząłby się wtedy, gdyby klienci masowo zaczęli wyciągać swoje środki z banków, tak ważne jest zatem to, żeby wiara w bezpieczeństwo wkładów została utrzymana. Stąd szybka reakcja choćby prezydenta USA, który zagwarantował lokaty i depozyty zgromadzone w amerykańskich bankach. To nie koniec problemów, ale istnieje szansa, że zawirowania te będą miały jednak nieporównywalnie mniejszy wpływ na nas, niż choćby to, co działo się w roku 2008.
Kończę stwierdzeniem, że Państwa wkłady w polskich bankach są bezpieczne. Rozwinę ten temat za tydzień.




















